360 stopni pod Zamościem
Grudzień 22nd, 2011 by Marek
Zimowy rajd przygodowy się szykuje i jak wszystko dobrze się ułoży to wystartujemy.
Póki co reklamujemy i zachęcamy.
Detale na stronie http://www.team360.pl/zima_2012/
Zimowy rajd przygodowy się szykuje i jak wszystko dobrze się ułoży to wystartujemy.
Póki co reklamujemy i zachęcamy.
Detale na stronie http://www.team360.pl/zima_2012/
po lesie…
a tak jak się z niego wybiegnie…
Chyba trudno o lepsze warunki do weekandowego biegania po pagórach. Lampa i lekki mrozik towarzyszyła dzisiaj zawodnikom podczas pierwszego dnia Górskich Ekstremalnych Zawodów na Orientację 2011. W dziesiątej już odsłonie tej wieńczącej sezon imprezy startują Marek ze Stasiem.
UPDATE po drugim etapie
W niedzielę, przy równie eleganckiej pogodzie, liczyła się bardziej nawigacja niż łydka. I to deczko pozmieniało klasyfikację. Nasi pociągnęli mocno i po 5h 40min pojawili się na mecie, co dało im ostatecznie 11 miejsce. Zważając na kontuzję Stasia na pierwszym etapie to solidny wynik. Gratulacje!
Pełne wyniki do odnalezienia TUTAJ
Tym razem miejscem stadnego czesania punktów są Pieniny Spiskie, a bazą Łapsze Niżne. Na pierwszym lepszym pagórku zawodnicy winni obaczyć Jezioro Czorsztyńskie, arenę zmagań wielu rajdów. Czyli pięknie tam, bo pogoda również dopisuje. Punkt 8 rano po okolicach rozbiegło się – uwaga – 113 zespołów, czyli 225 osób . GEZnO jak zawsze, z roku na rok, zachowuje niesamowitą frekwencję.
A jak nasi? Najpierw fotka ze strony zawodów.
Marek ze Stasiem w tradycyjnej konsternacji. Do startu kilka minut i na szybko trzeba wykreślić warianty. Na mecie zameldowali się przeszło 7 i pół godziny później. Z czasem 7:38 zajmują 15 pozycję w najsilniej obsadzonej kategorii MM. Ale głos oddaję samemu Markowi: „Do 5h super. Chwila za Krasuskim i szansa na 5 miejsce. Potem niestety Stasiowi kolano siadło i z problemami”Jutro nieco krócej, ale z pewnością ciężej nawigacyjnie. Trzymamy kciuki.
Wyniki po pierwszym dniu TUTAJ .
Po ciężkiej przeprawie w Himalajach Maciek wraca do Polski.
Zapraszamy na stronę www.maciek.nonstopadventure.pl
Tam opis wyprawy i miejsce na życzenia.
Makalu zdobyte. Na szczyt weszli Artur Hajzer, Adam Bielecki i Tomasz Wolfart
Trudniejsze jednak okazało się zejście z góry.
Dziś wygląda to już lepiej i za niedługo Maciek i pozostali członkowie zespołu powinni zejść już do bazy.
Więcej informacji z ostatnich dni na stronie PHZ
Postawili obóz trzeci, zaaklimatyzowali się i są gotowi do ataku na szczyt! – mowa oczywiście o wyprawie Polskiego Himalaizmu Zimowego na Makalu, w której to barwy nonstopu reprezentuje Rudy [Maciej Stańczak]
Trzeba przyznać – elegancko im to idzie, ledwo kilka tygodni i góra obstawiona jest poręczówkami, obozami, a płuca siedmiorga himalaistów już znacznie lepiej radzą sobie z rozrzedzonym powietrzem. Na tyle dobrze, że – według prognoz Artur Hajzera – na przełomie września/października dwójkowe zespoły ruszą do ataku.
Strona wyprawy donosi co następuje:
„Wyprawa Polskiego Związku alpinizmu na Makalu (8463m.) zakończyła okres przygotowań- aklimatyzacji , ubezpieczania drogi i jest gotowa do ataku na szczyt. 13 września w trudnych warunkach śnieżnych i pogodowych, mały – dwuosobowy zespół założył obóz III (7400m.) i spędził tam noc. W dniach następnych kolejne zespoły doposażyły „trójkę” i też spędziły w niej niezbędną do ataku noc aklimatyzacyjną (ogółem aż 7 z 8 uczestników wyprawy).
Co ważne wyprawa wytyczyła też drogę przez tzw. „labirynt seraków” powyżej obozu III na wysokości 7400m. i tym samym droga do szczytu stanęła otworem. W czasie ataku planuje się noc w obozie szturmowym na 7600m.. Atak nastąpi w zależności od pogody na przełomie września i października. 17 września ze względu na stan zdrowia wyprawę opuścił Jacek Groń. „
A powyższą notkę obrazuje fota z naszym bohaterem

Tomasz Wolfart i Maciej Stańczak w zejściu po założeniu obozu III (7400m.), odpoczywają w obozie II (6500m.) (fot. Adam Bielecki)
Po więcej zdjęć i materiałów filmowych zapraszam na stronę Polskiego Himalaizmu Zimowego
W nepalskiej kaligrafii tytułowy bazgroł znaczy tyle co Makalu. Piąta góra świata, sięgająca 8463 mnpm stanie się już za moment areną zmagań Wyprawy Unifikacyjnej PZA, prowadzonej w ramach projektu Polski Himalaizm Zimowy. Pośród ośmioosobowego składu ekspedycji jest i nasz górołaz przodowy Rudy [Maciej Stańczak].
Znaczy to chyba tyle, że w trakcie wyprawy na Cho-Oyu Rudemu nie dość dupa odmarzła, więc po raz drugi w tym roku leci w Himalaje. Tyle, że teraz będzie znacznie zimniej, bo to jesień, no i prawie 500 m wyżej, niźli wspominany pagór. Ekipa pod kierownictwem Artura Hajzera stawia sobie za cel wejście na szczyt drogą Francuską, zwaną tak od pierwszych zdobywców.

Droga francuska na Makalu. Zdjęcie pochodzi ze strony simonemoro.blogspot.com
W ścianie Makalu działać będzie stosunkowo świeża i młoda ekipa. „Na szczęście to będzie w 100% (gdyby mnie nie liczyć) nowy skład. Chłopaki mają świeży entuzjazm, zapał i tatrzańską zimę za sobą, a wiosną zrealizowali uczciwie swój program treningowy. Średnia wieku bardzo niska, tak jak miało być! Tymczasem zgryźliwi nazywają to „przedszkolem Hajzera” – pisał Arutr Hajzer na blogu PZH wspinanie.pl. Żeby było ciekawiej – pośród tej ekipy Rudy jest najmłodszy. Ale bułe ma, płuca muszą jeszcze pamiętać wiosnę na Cho-Oyu, więc z dużymi nadziejami spoglądamy na przebieg wyprawy. Obfita relacja live – do których przyzwyczaiły nas wyprawy PZH – powinna znaleźć się na oficjalnych stronach Polskiego Himalaizmu Zimowego. Najważniejsze niusy będziemy puszczać tutaj. Nieustannie zaś za Rudego i powodzenia wyprawy ściskać będziemy kciuki. Powodzenia chłopy!
Chwilę temu wróciłem z Agnieszką z błotnistego Głównego Szlaku Beskidzkiego – było czasami naprawdę „adventure”, a tymczasem Maciek z Gośką postanowili zbadać czerwone oznaczenia Głównego Szlaku Sudeckiego.
We wtorek wystartowali z Świeradowa Zdroju, przeszli Izery.
W środę tylko część Karkonoszy – bo Rudy z Odrodzenia musiał pobiec na Szrenicę i „nazot” … po zgubiony telefon [+20km].
Czwartek Śnieżka i zejście do Rudaw.
Piątek – Lubawka
Sobota – Andrzejówka , czyli już w nogach 132 km.
No to tyle – koniec treningu, więcej czasu nie było bo Rudy znowu jedzie w Himalaje [ale o tym więcej w osobnym poście]

Idziemy w bieszczady … z beskidów. Około 500km.
W składzie: agnieszka i marek.
w sobote 16.07 wzięliśmy slub. W niedziele wyszliśmy o 18.00 prosto z schroniska w Zaolziance. No i idziemy.
w niedziele doszliśmy za barania gore.
w poniedziałek na rysianke.
we wtorek spaliśmy w bazie namiotowej na głuchaczkach.
w środe przez babią doszliśmy do hali krupowej.
dzis idziemy na maciejową w gorcach.
do beszczadow jeszcze ponad 350 km
czwartek – finisz w rabce / mocno zmoczeni / do konca 349km
piątek – na turbaczu / dzien deszczowy / do konca 332 km
sobota – na lubaniu / do konca 310km
niedziela – pod niemcowa / tradycyjnie deszczowo / do konca 280 km
poniedziałek – hala łabowska / deeeszczowo / 260 km do konca
wtorek – wies banica / deszczowo a jakże / 230 km do konca
sroda – bacowka bartne / buty permanentnie mokre / 194 km do konca
czwartek – gora polana nad chyrową / NIE PADAŁO za to błota po pachy / 163 km do konca
piątek – wisłoczek baza namiotowa / znowu lało / 130 km
sobota – puławy gorne / suszenie / 123 km
niedziela – komańcza / jak zwykle – deszcz / 94 km do konca
poniedziałek – cisna / po grzbiecie w chmurach/ zostało 64 km
wtorek – połonina wetlinska / błoto w słońcu / 33 km widać koniec
sroda 16.05 – wołosate / 0 km koniec
Zakląłem w duchu po przekroczeniu mety II Maratonu Gór Stołowych. Chwilkę to bowiem trwało zanim z łydek i ud zszedł usztywniający i tępy ból skatowanych skurczami mięśni. Nie mniej jednak skurcze nie popsuły fascynującej imprezy, która szumnie nazwana „najtrudniejszym maratonem górskim w Polsce” rzeczywiście postawiła przed biegaczami z całej Polski potężne wymagania (i przewyższenia).
Taki to trend – i za wiele się z tym zrobić nie da – że potężne grono rajdowców sprawdza się ostatnimi czasy w coraz popularniejszych biegach górskich. Nie inaczej było i w Pasterce, gdzie co rusz obaczyć można było w pełnej krasie (w sensie w uniformie biegowym jedynie) twarze bardziej i mniej znane z AR-owych przelotów. W Góry Stołowe sprowadza bowiem kilka rzeczy, pośród których na czoło wybija się fantastyczna atmosfera Schroniska w Pasterce [prowadzonego nomen-omen przez Piotra Herzoga, rajdowego tuza i szybkobiegacza górskiego] i cudne okolice. I te okolice żeśmy w sile ludu 250 hurtem i sprintem zwiedzali. Dystans 42 kilometrów dawał możność dość precyzyjnej eksploracji okolicznych skał, skałeczek i ścian takich… no sięgających piątego piętra.
„Sportowa” historia tego biegu skończyła się dla mnie w okolicach 25-26 kilometra, kiedy to upadłem po raz pierwszy. Łydka mi się „zagięła” do środka i cholernie bolała. Z lekka przerażający to był widok – brzuchaty łydki raczył się schować, tak jakby kto nożem uciął. Wstałem po kilku minutach, ale o chyżym bieganiu raczej mowy być nie mogło, więc przełączyłem się na opcję „turystyka” i delektując się fantastyczną aurą, cudnymi pejzażami i będąc hurtowo mijanym przez zawodników, doczłapałem się do
mety w odrażającym czasie 5h32min. Odrażającym, bo zwycięzca – Marcin Świerc – opędził tę trasę prawie dwie godziny szybciej, w 3h43min.Alem co nabiegał to moje. Nigdy nie byłem jeszcze w Broumovskich Stenach – to położony na granicy masyw górski, poprzecinany wzdłuż i wszerz skalnymi dolinkami. Przez cudo natury czeskich pobratymców biegliśmy pierwsze 30 kilometrów i były to długie kilometry najeżone technicznymi OS-ami. Nie szło na moment się znudzić okrutnie wymagającą trasą, co rusz ostro spadając usłaną korzeniami i skałami wąską ścieżynką, za moment zaś mozolnie drepcząc pod górę po wykutych schodach, kilkadziesiąt metrów dalej znowu przeciskając się w labiryncie Kovarowej Dolinki. W Polsce teren srożył się dwoma konkretnymi podbiegami. Najpierw dłuuuugo pod Błędne Skały i na sam koniec schodki pod Szczeliniec Wielki. Śmiem twierdzić – i poparło mnie w tej opinii wiele nazwisk, hurtowo biegająych po Europie w biegach górskich – że a i owszem, Maraton Gór Stołowych wybija się na tle podobnej miary imprez w naszym kraju.
Podobało się nadzwyczaj. Wpisuje za rok do kalendarza, ale to trochę nieuczciwe, bo niemal każdą kolejną imprezę, chciałbym zaliczyć po raz kolejny w roku kolejnym. A rok o tygodnie kolejne nie urasta…
Wyniki MGS do obaczenia TUTAJ. Zdjęcia Piotrka Kosmali i Moniki Strojny TUTAJ.
Kradnę ze strony Teamu 360 Stopni i upubliczniam u nas. Fajny, dynamiczny obrazek filmowy z pierwszego dnia zmagań Rajdu Miejskiego 360 stopni w Gliwicach. Widać nas sekund parenaście aż. Piszę aż, bo było nas tam czterech chłopa, a ludu ogólnie prawie 140. Pośród zgrabnych ujęć w biegu [że niby coś się męczyliśmy] widać też, jak niezdarnie radziliśmy sobie na slacklinie.
Zgadza się – przesadzam, bo i przecudnych okolicznościowo biegów znalazła by się sowita garść w naszym pięknym kraju. Nie mniej jednak w kategorii Estetyka, Wyrypa i Trasa – Bieg Marduły z hukiem wbił się na pierwszą pozycję! Zakopiańskie Towarzystwo Gimnastyczne SOKÓŁ po raz czwarty zaserwowało nam danie nie byle jakie: 22 kilometry i 1700m przewyższenia. Było tak:… biegać w sensie się da. Nawet całkiem szybko. A że do najszybszych nie należę, to oprócz ścieżki mogłem też rozpłynąć się w widokówkowych krajobrazach. Te zaś gwarantuje jedna tylko impreza w Polsce – Wysokogórski Bieg im. dh Franciszka Marduły.
Fajnie też miał zwycięzca. Marcin Świerc pobił rekord trasy, złamał dwie godziny [1:58], wyrżnął się w trakcie zbiegu elegancko [nie widziałem, ale ślady cielesne robiły wrażenie] no i zgarnął okrągłego tysiaka za owy rekord. Wśród kobiet pewnie i z dużą przewagą zwyciężyła Ania Celińska. Druga zaś była Magda Łączak, znana z rajdowych tras [Team 360 Stopni]. W ogóle rajdowej braci nie brakowało: Paweł Dybek był 7 [2:14], Irek Waluga 13 [2:20], zaś Piotrek Herzog 10[2:19]. Mój czas to 2:33, co pozwoliło mi na zajęcie 25 miejsca w gronie ok. 130 startujących. Oficjalne wyniki TUTAJ .
Zaś Bieg Marduły absolutnie polecam. Ja sam wpisuję go w kalendarz na rok przyszły. Howgh!
Maciek Stańczak, szerzej znany po prostu jako Rudy, zawrócił przed tygodniem z Himalajów. Wycieczka na której bawił, postawiła sobie za cel zdobycie Cho Oyu – pagóra, który to wznosi się nad poziomem morza – bagatela – 8201 metrów. Szersza relacja już wkrótce, a póki co – krótka, telefoniczna wzmianka Maćka.
Powróciłem żywy – krzyknął z początku Rudy, po szeregu ahów i ohów, związanych z pierwszym telefonicznym kontaktem z Maćkiem od jakichś dwóch miesięcy – ale na tarczy. Nie udało się wejść na szczyt. Pośród uczestników wyprawy ta sztuka udała się tylko dwóm osobnikom: Kamilowi Grudniowi i Piotrkowi Tomali. Zabrakło trochę mocy, a pagór też łatwo nie puszczał. Mimo tego było fantastycznie i trzeba będzie jeszcze tu kiedyś wrócić – zapodał Rudy. I to by było na tyle. Korzystając z rozszerzonej pojemności płuc po ośmiotysięcznych wojażach, Rudy planuje teraz gdzieś pobiegać. Rzeźnika na przykład, albo coś równie ostrego. No i schudło się chłopinie jakieś 7 kilogramów, co pomoże przy pokonywaniu kolosalnych przewyższeń. Póki co Rudy powraca do życia, na nowo zapoznając się z luksusami zachodniej cywilizacji, jak np. łóżko czy prysznic. Musi boleć, ale Rudy to twarda bestia. Wkrótce szersza, pełna cudnych fot relacja, a póki co – Cho Oyu w pełnej krasie.
![]()
Od Kieratu minął już tydzień, wszelakie bóle [jeżeli takowe się pojawiły] zeszły, odeszły w niepamięć. Długiej relacji nie będzie. Bo i wspominać nie ma czego. Swą przygodę z pierwszą w życiu setką na orientację skończyłem bowiem przedwcześnie.
Było tak. Punkt 18:00 poszli! Sporo ich było, bo niemalże 600 ludu. Od początku niezwykle mocno. Na tyle, że pod pierwszy punkt [400 m przewyższenia] prawie nieustanny bieg. Podbijamy, lecimy dalej. Z tym lotem to lekka przesada, bo „coś” powoduje mną, że raz po raz odwiedzam przydrożne krzaki. Nic to, myślę sobie, laremid i po kłopocie. Tak też było. No i fajnie się biegło [cały czas w okolicach 6-8 miejsca] do momentu, gdy zworniki w żołądku puszczają na dobre. Łyk izotoniku – zwrot! Baton – zwrot! Bułka – zwrot! Woda – zwrot! Nad Beskidem Wyspowym widnieje, gdy rzucam ręcznikiem: nie jestem w stanie wlać/wrzucić w siebie cokolwiek. Zrazu wymiotuje. Odwadniam się do nieprzytomności, a przed oczami pagóry mi się przewracają. Niedobrze. Szczęśliwie GOPRówka mija mnie w okolicach 70 kilometra. – Panowie, wycof, koniec, amen – rzucam ratownikom. W samochodzie telepawa. Kroplówka w limanowskim szpitalu stawia mnie na nogi. Baza, pakowanie, wracam do Krakowa.
To tyle. Bywa i tak. Hipotez dotyczących niewydolności żołądka mnóstwo. Może to wlewane na potęgę chemikalia w połączeniu z równie nienaturalnymi żelami energetycznymi? A może trwała wada? Konsekwencja wielu lat trudności żołądkowych? Trudno powiedzieć, pierwsze kroki w stronę profesjonalnej diagnozy podjęte. W każdym bądź razie, szkoda ogromna. Łydka podawała nad wyraz żwawo, do owego 70 kilometra szedłem właściwie bezbłędnie, pewnie obierając warianty i nie obijając się na szlakach. Rewanż 2012 wskazany.
Bo też Kierat to fantastyczna impreza. Jedyna w naszej ojczyźnie górska setka na orientację. Rozgrywana już po raz ósmy zebrała absolutnie ścisłą czołówkę rodzimych setek, a to za sprawą fantu generalnego, jaki można było wyłowić – tytuł Mistrza Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. Jego zdobywcą okazał się Maciej Więcek, pokonując trasę w zawrotnym, rekordowym czasie 12h42min. Wśród kobiet triumfowały exaequo Justyna Frączek i Sabina Giełzak, osiągając metę po 16h40min. Pogratulować!
Gdybym był Gliwiczaninem, bądź też statystycznie nieruchawym Polakiem akurat w Gliwicach będącym, to bym się zadziwił. Ale to zdziwienie miałoby charakter przelotny – o! impreza sportowa. No fajnie, że się ludzie ruszają. Też bym się poruszał, ale to jutro. Na razie rosół, ziemniaki i niedzielne południe w szklanym ekranie. Tyle.Ale było fajnie! Cała nonstopowa czwórka, która ścigała się w gliwickich inscenizacjach, zgodnie i z równym natężeniem wyrażała zachwyty nad trasą, zadaniami specjalnymi, oprawą, rywalizacją i…. kończącymi etap michami fantastycznego jadła! W gruncie rzeczy litania achów i ochów jest znacznie dłuższa, dlatego zapraszam do poczytania.
Ale jestem zawodnikiem sportu szumnie nazywanego AR i też się zadziwiłem. Nie żebym brylował doświadczeniem, poziomem sportowym czy egzotycznymi startami, ale już z grubsza ponad 20 imprez w Polsce udało się oblecieć. I przyjeżdżam do Gliwic i przez dobre dwa dni mam nieustanne powody ku temu, by się zadziwiać. Oto bowiem Rajd Przygodowy staję się imprezą, którą obywatele Gliwic żyją przez dwa dni. Czy chcą, czy nie chcą – słyszą o niej, widzą pędzących zawodników, widzą, że jest ich dużo. Doznania wzrokowe dopełnia oprawa – pod Radiostacją dowiadują się, po kiego wała takie umęczenia. Aha… rajdy przygodowe. To na tym polega. I pada sakramentalne pytanie: Może bym spróbował?
Taka dywagacja: Na jednym z Adventure Trophy, zdaję się w 2007 roku, kiedy z wywieszonymi jęzorami i puchnącymi czaszkami dymaliśmy pod Kasprowy na pierwszym trekkingu, turyści pytali „a co to za impreza?”. A że tempo momentami spadało, tośmy odpowiadali. Że to rajd, że ma 300 km w formacie non stop, że trzy dni, że rowery, kajaki, rolki, trekking, że bez snu, że zadania linowe, że halucynacje…. Wyobrażacie sobie, że po takiej opowieści Jan Kowalski z Siewierza zadaję sobie pytanie: Może bym spróbował?
A w ustach gliwiczanina takie pytania znajduje racje bytu. Sprzyja temu warunków mnóstwo: impreza krótka [25 km + 75 km], stosunkowo prosta nawigacyjnie, ciekawa i dająca wykazać się na wielu polach. No i wspomniana wcześniej oprawa. Szanowni Państwo, rzecz to godna wielokrotnego podkreślenia – takiej oprawy, żywcem przejętej z największych polskich imprez biegowych, tośmy na rajdach w naszym padole jeszcze nie widzieli. Na mecie stoi scena, spiker wita zespoły, opowiada gliwiczanom cóż to się dzieje, program artystyczny. Na zapleczu dla zespołów potężne michy przepysznego jadła. Można lepiej? Pewno można, ale jak na rajdowe warunki to standard nieosiągalny! Tym większe chapau bas dla Teamu 360!
A jak wyglądało same ściganie? O tym nasi sprinterzy. Pierwszy etap z perspektywy Marka Woźniczki:
Wyniki, galerie, mapy oraz materiały wszelakie o gliwickim ściganiu dostępne są na stronie Rajd Miejski 360 stopni w Gliwicach.