Bike Orient otagowany, czyli co się stało pod Łodzią

Czerwiec 29th, 2010 by andrzej

Właśnie, BO otagowany!. O co chodzi? W ostatnich dniach sporo analizuję się materiału po debacie wyborczej kandydatów na prezydenta kraju. U nich najczęstszym słowem była Polska, ale też rząd, premier, parlament i tak dalej. Ja w przeddzień debaty startowałem w BikeOriencie. Z jakimi słowami kojarzy mi się ten rajd najbardziej?

Pierwsza myśl: Gorąco. Bardzo gorąco. Strużki potu kapią na mapnik za każdym razem, gdy mocniej nacisnę na kask. Kap, kap, aż do podjazdów, tam ledwo wyczuwalne kapnięcia przeradzają się w cieniutką, ale regularną strużkę fizjologicznego dowodu “wyłojenia”. Ciężko się oddycha, spłycone wdechy nie radzą sobie z rozgrzanym powietrzem. Bo gdzie mi do upałów? Zdecydowanie lepiej czuję się ociekając błotem, dygocząc z zimna i postukując miarowo zębami. Te “zimniejsze” zawody mają to do siebie, że chłodniejsza atmosfera naturalnie bardziej spina do ruchu. Zimno? To przyspiesz, mocniej naciśnij na pedał – zwykle wystarcza. Gorąco?… po prostu napieraj dalej.
I uważaj. Skoncentruj się! . Nie mogę. Skrzywiam niesymetrycznie twarz za każdym razem, gdy popełniam kolejną, nawigacyjną wtopę. Tym razem w Strudze Dobieszkowskiej. Decyduję się na wariant najbliższy kreski, przez las, niknącą ale – podług mapy – prosto na punkt. Po drodze widzę, że większość bikerów obiera inną drogę – asfaltem dookoła. Lepiej? Chyba rzeczywiście lepiej. Sieć nieregularnych ścieżek wzdłuż rzeczki powoduje, że po wielokroć zatrzymuję się by spojrzeć z nietęgą miną na mapę. Nic na niej nie ma, więc pedałuję do przodu. Na punkt 27 wpadam przypadkiem, trochę z lenistwa, a pewno najbardziej z braku mocy. Widząc przewaloną przez ściechę potężną sosnę, decyduję się zjechać bliżej rzeki. Zjeżdżam do samej rzeki i … wpadam na punkt. Bajka.
Idea, by się ścigać przychodzi chyba na dzień przed zawodami. Przeglądając listę startową odnotowuje kilka znanych z innych imprez nazwisk. Że wymienię tylko tych, których znam i podejrzewam o moc zacną: Kaseja, Kiełbasiński, Marcjanek, Niedźwiedziński. Fajnie – myślę sobie. Jeżeli nawigacja nie zawiedzie, piorun nie uderzy, rower wytrzyma to emocji będzie sporo. Swoje możliwości oceniam na pierwszą piątkę. Przypałętało się od Jury sporo mikrokontuzji, które skutecznie wykluczały mnie z cyklu treningowego. A to kostka źle stanęła na treningu, a to kolano, a to po prostu czasu brakło. Ciekawe jest to, że nie wiem nic o swojej dyspozycji. Czy dam radę przejechać pierwsze 70 km roweru na pełnej mocy, czy może delikatnie i z zapasem? Nie znałem na te pytania odpowiedzi. Odbiło się to gdzieś koło punktu numer 27, gdzie totalnie odcięło mi moc . Rower z punktu wyciągałem powoli, ospale, ciężko zbierając powietrze i oddychając jak po sprinterskim finiszu. Na ostatni punkt tego etapu pedałowałem w zatrważającym tempie. Niby prosto, po płaskim, ale mielę na niskich przełożeniach, ciężko i powoli przeżuwając kolejnego batona. I tak do samej mety tego etapu. Czworogłowymi uda telepią skurcze. Co za fatalna dyspozycja!
Choć początek samego rajdu nic takiego nie zwiastował. Pierwszych kilka punktów zdobywam w doborowym towarzystwie Daniela Śmieji i Michała Kiełbasińskiego. Na asfaltach dajemy sobie mocne zmiany i ciśniemy po 35 – 40 km/h. Pewnie zaliczam pierwsze punkty zbliżając się do osławionego Odcina Specjalnego. Czeka nas 12 km interwałowego piłowania po nikłych ścieżkach. Początek rewelacyjny. Mapa gra w stu procentach, więc bez zbędnych przystanków i z pewnością zdobywamy kolejne punkty. Aż do przedostatniego. Ścieżka, którą mamy się poruszać musi delikatnie odbić z drogi. Odbija, ale przechodzi przez gospodarstwo i wpada do niejednoznacznej plątaniny jarów i pagórków. Gubię się dosyć konkretnie, ufnie powierzając swe losy Danielowi Śmieji. Szybko jednak decyduję się obranie własnego wariantu. Klucze w poszukiwaniu drogi ponad 20 minut. Wreszcie po korekcie i głosach od innych bikerów namierzam punkt i ścieżkę. Mija mnie spora grupa kolarzy, którzy obrali wariant północny zaliczania punktów. Jestem pewny, że mają co najmniej pół godziny przewagi i cisnę dalej na blacie wypluwając bezsensownie sporo mocy. Tak! Bezsensownie, bo asfaltem z ostrym wiatrem w twarz staram się utrzymać prędkość oscylującą wokół 27 km/h.
Na metę pierwszego etapu wpadam – jak się okazuje – pierwszy z trasy mieszanej! A jednak! Łapię wiatru w chwiejącą się już łajbę mojej kondycji. Przygotowana wcześniej strefa zmian to mistrzostwo. Ten element przed zawodami dopracowałem do perfekcji, korzystając z metod triatlonistów. Jadąc ostatnie metry na rowerze rozpiąłem spd-y, zbiegłem w samych skarpetkach do budynku gdzie zostawiłem plecak z bukłakiem i batonami, wkładam buty i po – uwaga – 46 sekundach wybiegam na etap pieszy!
No i właśnie. Nie starcza mocy. Kilka minut po wyjściu ze strefy mija mnie pędzący i tryskający świeżością Kiełbasa. Mam w tej chwili nad nim jakieś 5-6 minut przewagi, a znając jego kosmiczne możliwości biegowe, opędzi mnie na tym etapie na miękko. Cisnę, z nogi na nogę, chwiejąc się po wielokroć. Skatowane skurczami czworogłowe co rusz odmawiają posłuszeństwa. Z prawie trzech godzin, jakie spędziłem na tym etapie, ponad 25 minut szedłem. Na tak krótkich zawodach jest to – by liczyć się w czubie – po prostu niedopuszczalne.
Skupiam się na nawigacji, choć ta, dzięki doskonałej mapie, jest precyzyjna i szybka. Jedynie upchnięty między posesjami PK13 powoduje, że klucze niepewnie w jego poszukiwaniu, co rusz odbijając się od płotów i zagród. Ostatnie dwa PK – 3 i 11, robię w pełnym biegu, nie zatrzymuję się ani na chwilę mimo straszliwych bóli w mięśniach ud. Na metę wpadam … 7 minut po Kiełbasie. Mało, cholernie mało. Tak sobie teraz myślę, gdyby tylko stało mocy …. ;) ale do przyszłości. Sezon jeszcze długi, pól do potyczek i trudno ustawionych Punktów z pewnością nie zabraknie.
To były rewelacyjne zawody . Potwierdzą to z pewnością uczestnicy każdej z tras. A tych na BikeOriencie nie zabrakło. Mocarze dwóch kółek ścigali się na prawie 180 kilometrowej trasie w 11 godzin. Że nie było lekko niech świadczy fakt, że tylko Piotrkowi Buciakowi udało się zrobić całość. Była też Trasa Mieszana, dla fanów AR [70 km MTB + 25 km BnO], ale też mniejsze trasy jak Piesza Rekreacyjna [25 km] i Rowerowa Rekreacyjna [25 km]. Na pustynnym w imprezy sportowym rejonie łódzkim, ekipa BikeOrientu robi kolosalną robotę! Po fantastycznym BOPrologu, jest to kolejna impreza, którą długo będę wspominać!
————————
Zapraszam również do analizy moich wariantów. Chętnie podpatrzę inne warianty i przeloty.
ETAP1 – 70 km MTB
ETAP 2 – 25 km BnO

Szybka dyszka

Czerwiec 24th, 2010 by andrzej

Zapomnijmy na chwilę o zakopanych w trudostępnych jarach punktach kontrolnych, kilometrach przewyższeń i długich godzin walki na granicy własnych możliwości. Dziś pean dla biegów ulicznych.

Znam wielu takich, co na precyzyjnie ułożone biegi po taśmie, prychają z wzgardą. Że nudno, że liczy się beznamiętne “bulenie” i grabienie nogami, że masy, że względnie nic się nie dzieję… i tak w nieskończoność. Zwykle zaś, tak radykalne teorie, formułują “przygodowcy”, czy też orienterzy, którzy zasmakowali biegania w zróżnicowanej formie. Z wieloma powodami nie śmiem polemizować, sam długo i powoli przekonywałem się do asfaltu i szybkich, trwających maksymalnie kilka godzin imprez. A jakże – również wolałem upodlić się kilkunastogodzinną wyrypą, najlepiej w nocy, w deszczu i błocie. Pewnie, taka nocka rodzi przygodę, adrenalinę, napędza znacznie większą ilością czynników, niż tylko sama rywalizacja.

Dziś jednak występuję z pozycji apologety sztywnych, “wytaśmowanych” biegów. W niedzielę miałem okazję pobiec w skromnej, lokalnej i mało znaczącej imprezie biegowej: Bełchatowskim Biegu Rekreacyjnym. Szybka, piaszczysto-leśna dycha w okolicach miasta. Nieco ponad 50 uczestników, dyplomy, medale, isotonik na mecie – taki standard. Co w tym nadzwyczajnego? W zasadzie nic, co dotyczyło by sportowego waloru całej imprezy. W tym elemencie jakieś “kosmiczne” wyniki nie padły, choć i tych z najwyższej półki dostępnej pół-amatorom nie brakowało.

To, co w szczególny sposób zauroczyło mnie w tej imprezie, dotyczy – a jakże – ludzi!. Tak, ludzi. To historia jakich ostatnio w Polsce wiele. Kilka miesięcy temu w Bełchatowie [lekko ponad 60 tys mieszkańców] wrócił pomysł klubu biegowego. Bo truchtaczy, sprinterów, maratończyków, ultrasów i innej maści fanatyków biegania w Bełchatowie nigdy nie brakowało. Nigdy jednak nie tworzyli oni własnej społeczności. Tak powstał “Spartakus”. Dziś liczy ponad 25 osób i – co najistotniejsze – zaczyna rozruszać miasto! Tylko od momentu powstania klubu [nieco ponad pół roku] Bełchatów – wieloletnia pustynia sportowa – doczekał się dwóch pełnoprawnych imprez.

W jednej z nich, wspomnianym Biegu Rekreacyjnym, miałem okazję uczestniczyć. To fantastyczne, jak idea wspólnej społeczności ludzi połączonych pasją, zaczyna promieniować, zataczać coraz szersze kręgi i wpędzać w “endorfinowe uzależnienie” coraz to nowych ludzi. Takie biegi to bowiem właśnie endorfinowy wybuch wulkanu! Jeżeli wyobrażam sobie w jakiś sposób festiwal ludzi szczęśliwych, to na taki właśnie zasługują biegi, a szczególnie linia mety.

Dlatego z czołobitnością podchodzę dziś do biegów ulicznych, rekreacyjnych i masowych! Oby więcej! Oby częściej! Takie przeczucie mam, że to jedyna i najskuteczniejsza jednocześnie droga do powolnego wykuwania w społeczeństwie kultury sportowej.

A sam bieg, bez spiny, dystans około 10,8 km pokonałem w 45 minut. Bez wielkich prędkości, za to z refleksją i “adoracją” tego festiwalu szczęśliwych ludzi.

No właśnie, ale co rajdami? Czy są one dobrą drogą dla kultywowania samej kultury sportowej?

Foto: Klub Biegacza Spartakus – Bełchatów Biega

Odkopujemy archiwalia

Czerwiec 15th, 2010 by andrzej

Tydzień, może trochę dłużej, zajęło mi segregowanie, obrabianie i publikowanie materiałów z poprzedniej strony teamu. Ale już są! Na niektóre – głównie te oznaczone moim autorstwem – spoglądam ukradkiem, trochę zaskakując sam siebie. – Ja coś takiego napisałem? Takie bzdury? – śmieję się sam z siebie.

Retrospektywy chyba już to do siebie mają, że człowiek – rzekomo obeznany w sobie – spogląda na to co wyczyniał kilka lat temu i… łapię się za głowę. Nie, to nie jest oznaka przedwczesnego dziadzienia. Bardziej znaczy, że po prostu “zmiana” wpisana jest w okres “dwudziestolatkowania”. I fajnie, że się pisze relacje – co podkreślać będę zawsze – bo ilość emocji, które wypływają po takich retrospektywach jest fantastycznie orzeźwiająca.

Ale do rzeczy. Utworzyłem nową zakładkę – ARCHIWUM. W niej możecie przekopać się przez grono prawie dwudziestu relacji. W tej chwili są to tylko relacje, ale wraz z rozwojem bloga pojawiać się tam będą odnośniki do naszej bieżącej działalności, obejmującej rozmaite dziedziny – treningi, artykuły, kajakowanie, grotołażenie, skałkowanie, itd.
Polecić chciałbym kilka tekstów, które w teamie mają status “kultowych”. O potwierdzenie tej tezy w szerszym gronie poproszę jeszcze was. A póki co…

Rok 2004. Tak, bite sześć lat temu. O rajdach słyszeli wtedy nieliczni szczęśliwcy, którzy by dać upust swojej woli auto-destrukcji, gromadzili się wtedy generalnie raz w roku na “dożynkach”, czyli pierwszych edycjach Adventure Trophy. Ale, że wola w narodzie była silna, to rajd dla tak zwanego “normalnego człowieka”, zorganizowali wtedy harcerze z Poznania. Impreza o nazwie Błękitny Grom wsławiła się niedoścignioną liczbą zespołów – bodajże 50 czwórkowych teamów! I nasi tam byli, a edycję w 2004 roku to nawet mocno opędzili. Relację wyskrobała Magda Bregin, a na dowód – po lewej stronie, lekko do góry – fota, co się zowie – ostatnie metry przed metą. To Błękitny Grom rok później, ale też byliśmy w czubie – 2 miejsce. Zapraszam do poczytania tutaj.

Później bywało różnie. Startowaliśmy sporo, co znajduje swoje odbicie w liczbie relacji. Mini BWC w 2006, masakryczny trasa SPEED w 2007 na dużym Bergsonie, zwycięski Rajd Nocny Krzemień i inne.

Zwrócę uwagę jeno, nieskromnie, na mój debiut . Nieskromnie, ale tak naprawdę nie ma się czym chwalić. Dla zastanawiających się nad rajdami – przeczytajcie TO! I nie popełniajcie tego samego błędu. Bo ja – jurny kozak, z doświadczeniem w postaci przebiegniętego maratonu, jakichś tam górek większych, porwałem się na rajd, który – bagatela – liczył sobie prawie 250 km. Rajdu – jak nie trudno się domyślić – nie skończyliśmy. Zabrakło niewiele, ale beznadziejne napieranie okupiłem ciężką kontuzją kolana. A wspomniana napierka to Ekstremalny Rajd Orła.

I ostatnim akcentem, który warty jest wspominki, jest wyczyn Rudego[ zdjęcie powyżej] wespół z Witem Zawadzkim. Że panowie chodzą po górach wysokich, to już wiemy, ale to co zaprezentowali w Pamirze, to coś – dla takich maluczkich jak Ja – kompletnie niewyobrażalnego. Na jednej wyprawie obrobili najpierw Chana Tengri, a później – bodaj jedną z najtrudniejszych gór świata – Pik Pobiedy. Będąc jeszcze w Biszkeku napisali krótką relacje o tym jak to się łoi siedmiotysięczniki.

Zapraszam do poczytania, bo – zaręczam – jest co. Niedługo nowe treści.

Allez, Kilian!

Czerwiec 5th, 2010 by andrzej

Dzisiaj krótko o czymś z kategorii “bardziej niż niemożliwe”. Tak przy okazji Biegu Rzeźnika, który to ponoć stał pod znakiem płynących szlaków i błota po samą d…. Czemu “bardziej niż niemożliwe”? Bo jak inaczej można określić wyczyny tego gościa. Ma 23 lata. Od dwóch sezonów nie ma sobie równych w biegach górskich, ultramaratonach i skialpiniźmie. Tytuły mistrza świata zdobywa ze zdumiewającą lekkością. Bycie zawodowcem w sportach górskich łączy z ustanawianiem i biciem rekordów na najbardziej wariackich trasach trekkingowych. Kilian Jornet właśnie rozpoczął swoje kolejne mityczne wyzwanie.

Nie będę wgłębiał się w dotychczasowe osiągnięcia Kiliana. Dość powiedzieć, że mając 23 lata, mógłby nimi obsypać sporą grupkę nobilitowanych ultrasów. Przymierzam się do napisania osobnego artykułu o tym, z czego bierze się tak fenomenalna wytrzymałość, zwinność, szybkość i wszechstronność. Wszelkie sugestie, podpowiedzi i przemyślenia bardzo mile widziane.

Póki co, Kilian rozpoczął nowe wyzwanie. Od dwóch sezonów realizuje we współpracy ze swoim głównym sponsorem, firmą Salomon, serię tzw. Questów. W ubiegłym roku, w przerwach między opędzaniem kolejnych biegów górskich, zdołał ustanowić nowy rekord na słynnym, korsykańskim szlaku GR 20 [180km] oraz amerykańskim Tahoe Rim Trail [266km]. W obydwu przypadkach biegł non-stop… Fakt współpracy Kiliana z Salomonem zaowocował bardzo efektowną promocją obydwu przedsięwzięć. Na stronie Salomon’a możemy delektować się naprawdę fenomenalnie zrealizowanymi filmami z tych biegów. Przecudne obrazki opakowane są duża ilością osobistych komentarzy Kiliana i jego ekipy – dzięki temu, wyczyny Hiszpana stają się po prostu bardziej “ludzkie”.

Kilka dni temu Kilian rozpoczął kolejny Quest. Na celowniku rodzinne strony Hiszpana – Pireneje. Tym razem czeka na niego 700 km [!] i – uwaga – ponad 37000m pozytywnego przewyższenia. 37 km dymania pod górę! Czy możemy sobie to wyobrazić? Mnie cały czas trudno jest w to uwierzyć. W każdym bądź razie, będzie biegł 7 dni. Codziennie minimum 90 km. Oznacza to około 12-17 godzin w drodze każdego dnia. Wspierać go będzie solidna ekipa Salomona, która także – na co czekamy najbardziej – realizuje film z tego przedsięwzięcia. Tymczasem już teraz, możemy obejrzeć trzy pre-questowe filmy, które obrazują nam w jaki sposób Kilian przygotowywał się do Pirenejskich stromizm. Oj, sztywno postawionej sztajchy mu z pewnością nie zabraknie.

Relacja live, w języku angielskim, prowadzona jest na stronie TrailRunningSoul.com. Zdaję się, patrząc na to co robi do tej pory, że za nic ma codzienne wycieczki z ok. 1000 mnpm na prawie 3000. Kosmos. Kibicujemy mocno!

Czerwiec, czyli gdzie nas nie będzie

Czerwiec 2nd, 2010 by andrzej

Ciekawe to zjawisko – widok za oknem nijak się ma do miesiąca. Leje, wieje, zimnisko straszne. Tymczasem rajdy – no, może poza przeraźliwie zimnymi Wertepami – odbyły się w cudnych, słońcem wypełnionych dniach. Bo i Adventure Trophy i później Jura Skałka idealnie wstrzeliły się w okna zasnutego brunatnymi frontami nieba. Cieszymy się z tego niewymownie, bo przecie napiera się wyjątkowo przyjemniej gdy aura nie przeszkadza. Ale nie o tym, chociaż po części. Zespół nasz przygląda się właśnie kalendarzowi startów. Zobaczmy, co nas czeka w ciągu najbliższych miesięcy.

Jelenia 2010 TIMEX Rajd 360/3-6.06/Jelenia Góra/360km – Masters/ 160km – Speed/ Kajak, rolki, trekking, orienteering, mtb.

Start w tym rajdzie miał “odbić” mastersowe niepowodzenie na AT. Niestety nie odbije, co frustruje nas strasznie. Bo i teren zacny – Karkonosze z przecudną stolicą w Jeleniej Górze, i stosunkowo niskie wpisowe, i dużo kilometrów do przewałkowania [360 masters i 160 speed], i pewność perfekcyjnej organizacji [bo team 360 nie raz już jakość potwierdził], i giftów spora ilość. Szkoda generalnie, że nas tam zabraknie. Nieprzychylnie złożyły nam się terminy i nijak tej czwórki, a choćby nawet dwójki na speeda, złożyć się nie dało. Ale o imprezie wspominam, bom prawie pewien, że to jedna z tych ważniejszych młócek w sezonie. Startującym, męczącym się niebywale zazdroszczę. Powodzenia!!!

——————————————————————–

Bieg Rzeźnika/04.06/Komańcza – Ustrzyki Górne/80 km z buta/

Tutaj też nas zabraknie. Bo raz, że trochę się legendy biegu boimy, dwa, że czerwcowe terminy nam nijak nie chcą podpasować. Ale pal licho – to kultowa impreza w gronie krajowych biegów Ultra. Zbiera na starcie czołówkę polskich ultrasów, rajdowców, triatlonistów. Startuje się o świcie z Komańczy biegnąc do Ustrzyk non-stop czerwonym szlakiem. Sztajcha w górę, sztajcha w dół – zazwyczaj ostro w jedną i w drugą stronę po cudnych krajobrazowo połoninach. Wybitnie ciężki teren, wybitnie ciężka impreza. Polecamy!

——————————————————————–

Rajd Przygodowy Lenie w terenie/19-20.06.2010/80 km HARD, 40 km SOFT/Rower, Orienteering, Bieg

To jeden z tych rajdów, na których nawigacja jest jedną z trudniejszych i to ona decyduje o kolejności na pudle. Takie imprezy – my nonstopy – lubimy bardzo, ale zdaję się, że “lenie w terenie” [skądinąd zapadająca w pamięć, ciekawa nazwa] przejdą obok nas. Szkoda, bo dla praktyki poruszania się z kompasem to taka imprezka jak w mordę strzelił. Zresztą – dywagując – takich imprez mieszkańcom stolicy nie brakuje. Patrz ostatnie DyMNO. W każdym razie polecamy. Impreza ta – robiona siłą społeczności klubu Leniwców – z roku na rok przyciąga coraz większa liczbę startujących.

——————————————————————–

d Międzynarodowe Mistrzostwa Czech i Polski w Rogainingu/26-27.06.2010/Trójstyk [Bukovec]/24h-12h-6h orienteering

Po raz pierwszy w Polsce słynne zawody w Rogainingu, czyli – w skrócie – 24 godzinny bieg na orientację. Chodzi o to by w ciągu doby zebrać jak najwięcej rozsianych po trudnym, beskidzkim terenie punktów. Każdy z nich ma swoją wagę, w związku z czym niezwykle istotna jest taktyka i umiejętność przeliczania. Kto zasmakował w GEZnO, rakietach lub innych tego typu imprezach, ten z pewnością znajdzie się w formule Rogainingu. Z pewnością jedna z ciekawszych imprez w sezonie. Godne uwagi przy planowaniu kolejnego sezonu!

——————————————————————–

s Maraton Rowerowy na Orientację BikeOrient/26-27.06.2010/Trasy: Piesza – 30km; Rowerowa krótka – 30km; Mieszana – 70km MTB + 30 km BnO; Rowerowa Giga – 70km MTB+30km+70km/Łódź

Impreza w środowisku łódzkim uchodząca za kultową, jedna z najważniejszych w sezonie. Mnogość tras [aż 4!] powoduje, że każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Teren z jednej strony stosunkowo prosty nawigacyjnie, z drugiej przecudny krajobrazowy i wymagający fizycznie [sporo "kwaszących" pagórów]. Ciekawych, trudnych i nietypowych punktów możemy być pewni. Ekipa BikeOrientu już w poprzednich latach pokazała, że potrafi wycisnąć z terenu wszystko to co najtrudniejsze i najlepsze. A że teren łódzki potrafi pokazać pazur – to zapewniam! Ja swoją obecność już zapowiedziałem!

——————————————————————–

On-Sight Adventure Race/ 02-04.07.2010/Gorzów Wielkopolski/Masters – 250km; Speed – 150km; Amator – 60km/

Ekipa dobrze znanego z rajdowych przelotów, poznańskiego On-Sight’a po raz kolejny organizuje swoją imprezę. Ubiegłoroczna to sukces – tyle powiem, bom sam tam wespół z Markiem, Olą i Wiśnią napierał. Ciekawie było, trudno, wymagająco i … orzeźwiająco [pamiętny 1km w basenie!]. A przy tym ostre ściganie. W tym roku rajd ewoluuje. Są aż 3 trasy – dystanse właściwie dla każdego aktywnego i wszechstronnego człowieka. Bowiem fajna to impreza, i żeby się mocno pościgać jak łydka pozwala [tu dedykujemy czwórkowe 250km], żeby przejść na poziom wyżej [w przypadku speed 150km] i doskonała opcja Amator dla debiutantów [60km]. Jak niewiele jest w Polsce tych ostatnich opcji, to przekonywać nie muszę. My z pewnością się tam pojawimy. Polecam!
——————————————————————-
To w sumie tyle, jeżeli chodzi o godne uwagi imprezy w nadchodzącym miesiącu. Jest to oczywiście przegląd subiektywny i nie wyczerpuje wszystkich dostępnych na “rynku” ofert. Bo startów przeróżnych to w Polsce w czerwcu zabraknąć nie powinno.
I jeszcze jedno – zaszczytna kapituła portalu napieraj.pl przyznała relacji z Adventure Trophy 2010, miano najlepszej w konkursie, który ogłosiła zaraz po tej wyrypie roku. Wygraliśmy, co cieszy nas bardzo. W nagrodę jedziemy na kolejną imprezę Compassu – Hi Tec Adventure Race w Bielsko-Białej .
Póki co wspominam źródła do rzeczonej, zwycięskiej literatury:
Adventure Trophy cz.1
Adventure Trophy cz.2
Relacja na napieraj.pl