Z narty został wiór…
jak śpiewał klasyk. Czemu z miliona różnych bzdur wybrałem Zimowego Mordownika w Beskidzie Niskim? Bo tereny piękne i po Zimowym Rajdzie 360 w roku 2013 mam stamtąd wiele wspomnień pięknych właśnie. I narty biegowe kocham też bardzo, więc ani 250km po polskich drogach w jedną stronę po pobudce o 2.30, ani też 50 km samotnej nawigacji po lesie, za którą nie przepadam jakoś specjalnie, nie zniechęciło mnie do startu. Org zapewniał na odprawie, że śniegu jest dosyć i może 1 (słownie JEDEN) kilometr to z buta trza będzie zrobić, bo droga odśnieżona. Taaa…
Lista startowa na 50 km obejmuje aż 4 zawodników. Tłoczno nie będzie. Leniwie ruszam kilka minut po 8.00. Już po pierwszych 3 krokach łyżwą okazuje się, że muszę moje salomony combi przerobić z wersji dowolnej na styl klasyczny i nakładam smary na trzymanie. Nie spieszę się. Ma być wycieczka krajobrazowa. Przyjemne -5 w pełnym słońcu. I tylko śniegu mało. Bardzo mało. Otrzymaliśmy dwie mapki i wybrałem jako pierwszą część południową trasy z najdalej wysuniętymi punktami. Już w drodze na pierwszy z nich haratam po kamieniach i gałęziach. Dalej będzie tylko gorzej. Przewyższenie ma łącznie wynieść ponad 1400, więc płasko całkiem nie jest. O ile pod górę jeszcze brak śniegu nie przeszkadza aż tak bardzo, poza tym, że niszczy ślizgi, w dół nie da się jechać wcale. Dobrze przygotowane narty rozpędzają się okrutnie, co przy wąskich przesmykach i wystających korzeniach i kamolach może oznaczać tylko jedno- prędzej czy później nie wyrobię lub zahaczę i będzie po kolanie lub innej części ciała. Odpinam więc i zbiegam. Docieram do drogi i …. idę, lub próbuję iść, bo półkarbonowe buty narciarskie do chodzenia po lodzie nie bardzo się nadają… Jechać się nie da, bo wystaje żwir. Tempo 4kmh… nie skończę tych zawodów nawet w tydzień. Co za licho skusiło mnie na tą pięćdziesiątkę. Wariant na łemkowski cmentarz w Magurskim Parku Narodowym wybieram wzdłuż rzeki. Nie przychodzi mi do głowy, że na żółtym szlaku kilkakrotnie przecinającym Wisłokę nie ma kładek… Pierwszy bród przechodzę po krze przymarzniętej do gałęzi zwisających nad wodą. Kolejny pełznąc po ośnieżonym pniu. Jeśli wpadnę do rzeki nie będzie przyjemnie. Nie dam rady ogrzać stóp w sportowych narciarskich butach. Jest rajdowo-przygodowo. Udaje się. Nie udaje się jednak jazda zaznaczonymi na mapie jako szlaki narciarskie ścieżkami. Jest beznadziejnie. Gdybym miał turystyczne narty przyczepiane do turystycznych butów, ale nie mam… Nadchodzi wieczór, a ja dopiero jedną mapę przerobiłem. Druga część mojej trasy to 20km, którą biegało rano kilkudziesięciu uczestników, w zdecydowanie lepszych warunkach śniegowych wiedzie często przygotowanym śladem, ale jestem zmęczony i ani tempa, ani radości nie umiem już z siebie wykrzesać. Robię skróty gdzie tylko się da. Na stromym oblodzonym kawałku ścieżki spotykam narciarskie turystki czekające od półtorej godziny ze złamaną prawdopodobnie nogą na GOPR. Oddaję im folię nrc i częstuję batonem, w zamian dostając kubek herbaty. W tym momencie uświadamiam sobie, że na większości trasy nie było w ogóle zasięgu i jakikolwiek poważniejszy wypadek mógł skończyć się bardzo źle. Nikt przecież nie wie, jaki wariant trasy obrałem i gdzie się aktualnie znajduję. I obiecuję sobie, że takich eskapad solo już nie będę podejmował. Po przeanalizowaniu mapy postanawiam odpuścić dwa PK mimo sporego zapasu do limitu czasu i udać się w stronę bazy. Okazało się później, że zrezygnowałem w miejscu, gdzie panowały najlepsze warunki śniegowe. Przegrywam też z bardziej zdeterminowanym zawodnikiem, któremu do kompletu brakuje tylko jednego PK. Nieważne. W cudnej pogodzie spędziłem dzień w górach i dotarłem do bazy bez wypadku. Narty szutrówki stały się szutrówkami na ukończeniu. Trudno. Tym razem pięćdziesiątka okazała się jedną z miliona w życiu zrobionych bzdur.