Postsciptum o 360

Nie lubi mnie Beskid Śląski. Ja zaś – co potwierdziłem nie raz – pałam miłością doń nieskończoną! Przeto kolejny rajd w tym pięknych okolicznościach i – kolejna – porażka.

Było tak: W Koniakowie zima w pełni. Kilka stopni na minusie i nieustannie walący z nieba śnieg. Warunki perfekcyjne! Mówię sobie – będzie wybitnie ciężko! Dobranocka się zaczyna, więc Igor daje sygnał: ognia! Poszliśmy od początku niezwykle szybko. Na pierwszy punkt orientacji wpadamy na czele, za nami Flekmusy i powoli rozciągający timex 360się peleton. I szło [biegło] się wyśmienicie, dopóki nie dokładamy gigantycznego babola. Uf…dobre 15 minut nieudolnych prób auto lokalizacji. Dalej lepiej nie jest. Płachta świeżego śniegu skutecznie „zaciemnia” obraz terenu. W sumie ponad godzinę zabawy. Ruszamy na rower. Ale! Hola hola! Marek coś narzeka na łydkę – skurcz! Nic to, ferwor walki, adrenalina buzuje, lecimy! Krótki rower i startujemy na 15km trekking. Niby tempo rześkie, ale Marek wciąż w dziwacznym letargu: wsysa baton za batonem, bukłak szybko zeruje. W utrzymaniu prędkości pomagam mu holem. Gdy kończymy ten dwugodzinny trek, Markowi sztywnieje noga. Cała w skurczu! Nie, myślę sobie, to być nie może! Teraz rower, długie 50 km. Po drodze dwa schroniska do odwiedzenia, więc zapewne żelastwo na plerach będziemy targać. Gdy dobijamy do pierwszego, po prawie godzinnym podjeździe z Wisły, Marek rzuca ręcznikiem. Grymas kąśliwego bólu wykrzywia mu twarz. Nie może się schylić. Kręgosłup, do tego nogi [skurcze nie zeszły]. Koniec. Jakiekolwiek dalsze katowanie się nie ma najmniejszego sensu. Zjeżdżamy [schodzimy] powoli do Wisły, skąd organizator ściąga nas samochodem [jeszcze raz ogromne dzięki dla orgów!]. No to dupa.

Podobnej miary żal odczuwałem chyba tylko trzy lata temu. Wtedy startowaliśmy z Olą Drewienkowską w Zamberlan Adventure Trophy. Po sowitym, całonocnym trekkingu rozpoczynaliśmy etap MTB, kiedy to rower mój odmówił współpracy. Wtedy grało wszystko. Ola podawał wyśmienicie, byliśmy potężnie przygotowani. Długo „cuciłem” się z tak gigantycznej porażki, na tak gigantycznej imprezie.

Wtedy to rower się zbuntował. Teraz Marek, a precyzyjniej – Jego kręgosłup. Przykry to widok, co pewno wielu z was potwierdzi, gdy chciałoby się rwać do przodu, ale organizm odmawia współpracy. Impreza zaś zapowiadała się wybitnie. Nieustannie padający śnieg, potężne przewyższenia, no i rywalizacja. W trakcie naszego krótkiego, sześciogodzinnego epizodu, nieustannie wymienialiśmy się pozycjami z trzema ekipami.

Skończyliśmy przedwcześnie. Szkoda. Bywa i tak. Rajdy – szanowni państwo – uczą pokory. Bo najważniejszy jest zespół, na nic łyda, przygotowanie, sprzęt, gdy w zespole równo nie grają wszystkie skrzypce. Teraz wszystko z pozoru grało wyśmienicie.

Sam Marek zaś, przekomarzał się w drodze powrotnej, że to definitywna oznaka starości. Cholera jasna, drogi Marku, nie ma opcji! Zbyt dużo, zbyt ciekawych imprez czeka, by deklarować emeryturę! 😉

PS. Relacja LIVE zadziałała wyśmienicie. Telefon Marka rewelacyjnie radził sobie w trudnych warunkach. Wszystkie foty, audio i teksty leżą już w jednym wpisie TUTAJ.

PS. Dla porządku. Trasę Długą wygrała ekipa Code34, opędzając ją w nieco ponad 27 godzin. Na krótkiej triumfował mix! Nie mógł to być nikt inny, jak tylko Magda Łączak i Paweł Dybek z teamu 360! Gratulacje!

Scroll to top