La Routa – relacja Stasia

Kabanos-kokos-kabanos
lub jak kto woli Kompas-kątomierz-kalulator,
czyli szczegółowa dosyć opowieść o tym, jak nie zjadły nas węże, za to my najedliśmy się mango. No i trochę też o tym, że pomiędzy CP 17 i CP 18 wcale nie minęło 20h…

Kiedy podczas Rajdu Beskidy zbiegaliśmy sobie do Porąbki wesoło rozmawiając ze Snowdogami i częstując się kabanosami i innymi wędzonymi smakołykami Marzka, że mięsa nie spożywa, wyrywała mocno do przodu, co Maciek Więcek skomentował: Patrzcie, jak jej spieszno na te Filipiny! Mistrzostwa Azji ARWS zabrzmiały wtedy tak bardzo abstrakcyjnie, że równie dobrze można  było pogadać o locie na Marsa. A jednak droga na Filipiny okazała się bardziej realna, choć to wszystko co przeżyliśmy dalej wydaje się być snem…

Skompletować drużynę, kiedy dwóch nawigatorów nie może jechać, to podstawowe i prawie niewykonalne zadanie. Nie dla Marzki. Pod szyldem Nonstopów decydują się na start Artur i Rafał. Jako teamowy maruda jestem sceptyczny-  nigdy wcześniej razem nie startowaliśmy i nie będzie okazji się spotkać przed zawodami. Zawodami na drugim końcu świata. Wyprawą, która miała trwać łącznie dwa tygodnie. Trudno. Klamka zapadła. Jak szczęśliwie zapadła i jak bardzo się myliłem w moim sceptycyzmie miało się okazać bardzo szybko.

Przygotowania nabierały tempa. Grupa na  whatsapp’ie tętni życiem. Jesteśmy w ciągłym kontakcie i wspieramy się na ile się da. Bilety lotnicze, przejazdy autami, noclegi, plan podróży i  zwiedzania, żeby nasza wyprawa miała też elementy edukacyjno-poznawcze. W końcu wyposażenie. I pełne napięcia oczekiwanie na tak ważną rzecz jak schemat trasy. Bo trzeba zaplanować logistykę, ilość zabieranego sprzętu. Zaplanować… Taaa… Nie na LaRouta. LaRouta planuje za ciebie… Dziś już wiemy, jak bardzo niepotrzebnym elementem rajdów jest schemat trasy. Być zawsze gotowym na wszystko- to jest prawdziwe wyzwanie. Na mapę, na której właściwie nie ma nic, na prądy morskie, na ściganie się z limitami czasowymi, na ryż i zupę serwowaną w foliowych woreczkach, na ataki wściekłych os czy szerszeni i na węże.

Do Warszawy ruszyliśmy w strugach deszczu.  Pierwsze spotkanie całej ekipy w realu na lotnisku przebiega przyjacielsko i sprawnie. I tak już będzie do końca. Wzajemna pomoc, dogadywanie się, ustępowanie lub stawianie na swoim kiedy trzeba. Drużyna. Klucz do sukcesu. Przegrupowanie, ważenie już kilkakrotnie ważonych gratów i nadanie bagaży zaliczone. Niestety jesteśmy świadkami jak brutalnie traktowane są nasze boksy i zaczynamy drżeć o rowery. Na security tracimy jeden nóż, który zapodział się w bagażu podręcznym. Stajemy pod bramką Air China kierunek Pekin.

Lotnisko w stolicy Chin ogromne i… puste. Szukamy punktu wydawania jednodniowych wiz. Smutni pracownicy w długich czarnych płaszczach nie władają angielskim. W końcu jest odpowiednie okienko. W nim mundurowi o mało przychylnych wyrazach twarzy, jednak dostajemy pozwolenie na wejście na teren Chin. Umówiony taksówkarz również okazuje się nie mówić słowa po angielsku. Wychodzi na to, że wcześniej pisaliśmy z inną osobą, jakimś szefem, a driver będzie nas tylko woził. Dokąd nas zawiezie i dlaczego chce od nas paszporty? Prowadzi nas do przestronnego buicka. Zapadamy się w skórzane fotele. W kraju gdzie google czy fb są zakazane, amerykańskie samochody mają się całkiem dobrze. Chłoniemy  świat za oknami jednocześnie próbując podstawowej komunikacji z kierowcą. Ruch na ulicach olbrzymi, pojazdy wszelkiego typu przepychają się jak na ringu. Powoli przyzwyczajamy się do ciągłego dźwięku klaksonów i mijania się na centymetry. W oddali pojawiają się góry i …Wielki Mur.  Kierowca usilnie próbuje nam wytłumaczyć co i jak, niewiele jednak z tego rozumiemy. Skanujemy paszporty, które odtąd są naszymi biletami. Wciągamy w barze po pysznej chińskiej zupie, która nijak nie przypomina na szczęście chińskiej zupki i jesteśmy gotowi na wspinaczkę. Ciągi schodów wydają się nie mieć końca, ale ostatecznie jest- wieża 14 Wielkiego Muru Chińskiego. Śmiejemy się wszyscy na głos, próbując sobie wytłumaczyć, że to nie jest sen, że zamiast w robocie naprawdę jesteśmy na jednym z tzw. siedmiu nowych cudów świata. Niesamowite. Krótki spacer po budowli, foty, chwila zadumy. Zjeżdżamy kolejką i konsumujemy kolejny chiński zestaw dań. Wspólne posiłki zawsze są okazją odkrywania smaków i dzielenia się wrażeniami i powoli cementują zespół. A zcementowany zespół bardzo się podczas rajdu przydaje.

 No dobrze, ale dokąd ta wycieczka w ogóle? Na Filipiny? W drodze na lotnisko zwiedzamy jeszcze arcyciekawy kompleks świątyń i na straganie kupujemy zagadkowy zestaw suszonych owoców. Kierowca zostawia nas pod terminalem i w tej chwili zdaję sobie sprawę, że na fotelu buicka zostawiłem telefon. Piszemy na whatsappie. Po lekko nerwowych 20 minutach nasz driver ponownie się zjawia i odzyskuję smartfona.

Nonstop adventure. Wchodzimy z powrotem na lotnisko i… tracimy multitoola ze skuwaczem, którego Rafał ma od Okęcia w podręcznym bagażu. Security jest bezlitosne. U mnie okazuje się, że poprzednia kontrola pominęła zapalniczkę. To drobnostki w porównaniu do kartki, jaką znajdujemy w bagażu na lotnisku w Manili- wyjęto zestaw oświetleniowy Artura. Wściekłość pomieszana z bezradnością szybko zastąpiona zostaje teamowym liczeniem zapasowych lamp- wystarczy. Damy radę. Na osłodę kupujemy pączki i wsiadamy do kolejnego samolotu.

Po wylądowaniu w Tacloban zderzenie ze ścianą gorąca i wilgoci. Że jak- tu mamy startować? Przecież tu się oddychać nie da. Nasze wyobrażenia o klimacie spełniają się w 100%. Ale co innego wspominać sobie wyjście do palmiarni i mówić sobie, że tam będzie tak samo, a co innego stać na płycie lotniska i poczuć ten strach, że to nie jest wydzielona przestrzeń z prezentacją strefy klimatycznej- tu RZECZYWIŚCIE jest GORĄCO i DUSZNO i nie ma gdzie uciec… Jestem przerażony. Każdy ruch natychmiast wywołuje krople potu. Odbieramy bagaże i czekamy na umówiony transport. Podjeżdża duży van… osobowy. Fotele nie przesuwają się. Po dłuższej chwili konsternacji upychamy pudła jak wlezie, a między pudła upychamy Rafała i Artura.  2,5h dadzą chłopaki radę:))

Droga do miasta Naval gdzie znajduje się baza zawodów ukazuje nam niesamowite oblicze Filipin. Na drodze się handluje, na drodze bawią się dzieci, na drodze wylegują się psy, na drodze suszy się kokosy lub zboże. Drogą przemieszczają się w dowolnych kierunkach pojazdy wypełnione dowolną liczbą pasażerów. Nie możemy się nigdy doliczyć, ile osób podróżuje np. danym motocyklem- zawsze jeszcze gdzieś ktoś trzyma na rękach małe dziecko lub stoi po zewnętrznej stronie przyczepki motocyklowej. Jest głośno i kolorowo. Chłoniemy tą całą egzotykę wszystkimi zmysłami i uczymy się niepisanych zasad ruchu. O jak bardzo przyda się ta znajomość na ostatnim etapie zawodów!

Przybywamy za wcześnie, ale sympatyczna obsługa hoteliku udostępnia nam pokój. Są cztery łóżka, mikro łazienka, jest klimatyzator. Brakuje jedynie… okna. Drobnostka, przecież nie będziemy tu długo. Są za to sympatyczne karaluszki, które staramy się jednak wyekspediować na zewnątrz. Pokój staje się naszą bazą na dłużej niż planowaliśmy, gdyż start LaRouty miał się odbyć dzień później niż w pierwotnym komunikacie. Już po kilkunastu godzinach tracimy poczucie czasu. Zaczęło padać i praktycznie lało do startu. Pobudka, śniadanie w barze na przeciw, pokój, obiad w barze, pokój, kolacja, pokój…  Do posiłku zawsze shake lub sok mango. Złoty napój bogów. Lód w nim raczej nie pochodzi z butelkowanej wody, więc hartujemy przy okazji żołądki. Chwila spaceru po mieście i znów opady.

 W strugach deszczu robimy pierwsze rozbieganie. Deszcz ma temperaturę ciepłego prysznica, ale da się truchtać. Jeżeli skręcamy z głównej ulicy trzeba uważać na wiszące wszędzie kable. Okolica okazuje się być zdecydowanie mało turystyczna, poznajemy za to prawdziwe życie mieszkańców. Docieramy do bazy zawodów i razem z teamem Fear Youth dopełniamy formalności. Po raz pierwszy mierzymy się wzrokiem z  Nowozelandczykami.

 Na szczęście hotelik dysponuje salką konferencyjną, którą adaptujemy na rowerownię. Lekko się denerwuję widząc stan przygotowania niektórych elementów. Spokojnie. Ogarniam. Nieważne czyj rower, wszystkie są nasze. Po drobnych korektach technicznych wykorzystujemy okienko pogodowe na przejażdżkę. Płaski asfalt wzdłuż morza wydaje się szybki i przyjemny. Aż skręciliśmy w góry. Po trzech obrotach korbą na sporym nachyleniu zaczyna się piekło. Kręcimy 6km/h, wilgotne gorące powietrze stoi. Czujemy się jakbyśmy wjeżdżali do środka ogromnego piekarnika. Spotykamy drużynę Skyrunners z Indii. Oni też wydają się być przyduszeni klimatem. Nie myślimy nawet jak mogłoby być, gdyby świeciło słońce. Tego doświadczymy dopiero w ostatni dzień zawodów, kiedy zmęczone karki i łydki będą nam przypalać tropikalne promienie.

Wieczór otwarcia zawodów to prawdziwa gala. Świetna muzyka, znakomite jedzenie. Przez chwilę jest oficjalnie, ale i tak bardzo sympatycznie, a potem już tylko śmiechy, rozmowy, wspólne zdjęcia. Zapoznajemy się z pozostałymi drużynami.  Wita się z nami sama Heidi Muller, szefowa Adventure Racing World Series. Czujemy się trochę jak w rajdowej bajce. O takich zawodach zawsze czytaliśmy sobie do poduszki, teraz jesteśmy częścią tego międzynarodowego towarzystwa, które za chwilę ruszy w nieznane.

Jak bardzo nieznane dowiadujemy się nazajutrz na odprawie. Nie ma i nie będzie schematu, nie ma punktów na mapie. Po prologu w formie BNO otrzymamy wytyczne co dalej. Razem z koordynatami punktów. Lub zagadkami dotyczącymi koordynatów… W miarę jak słuchamy szefa zawodów nasze oczy robią się coraz większe… Otrzymujemy mapy, na których praktycznie nie ma nic… Tzn. jest rzeźba terenu i kilka ledwo widocznych ścieżek i nazw. Nie wierzymy własnym oczom- skala mapy to” tradycyjne” 1:43497. Jakość wydruku beznadziejna, papier. Wracamy w podłych nastrojach do hotelu, ale nie ma czasu na biadolenie. Nawigatorzy udają się na szkolenie z kartografii, reszta na miasto w poszukiwaniu kalkulatora, linijek i kątomierzy. Robimy też zapas napojów i żywności na przepaki.   Czeka nas długi pracowity wieczór. Trzeba nanieść siatkę współrzędnych i zrobić to precyzyjnie. Artur z Rafałem siadają też do googla i dorysowują na mapach drogi i nazwy miejscowości. Od ich wydania w 1956 roku sporo się zmieniło… Kolorujemy na niebiesko rzeki, żeby móc choć pobieżnie rozróżnić co jest czym. Dokładnie taśmujemy każdy arkusz, musi wytrzymać kilka dni napierania w deszczu. Kończymy późno w nocy.

Rano budzę się z uczuciem choroby. Z mocnym bólem gardła walczę już drugi dzień. Jest fatalnie. Załatwił mnie klimatyzator. Start opóźnia się o godzinę. Leje deszcz. Czuję, że bierze mnie gorączka. Decyduję się zażyć antybiotyk. Myśl, że te zawody skończą się dla mnie najdalej wieczorem, zachowuję dla siebie.

Ruszyliśmy. Na każdym PK biegu na orientację zadanie. Jedne banalne, inne niewykonalne. Łapiemy pierwsze karne minuty. Po kilku kilometrach wpadamy na pola ryżowe i stajemy. Dołączają kolejne ekipy i podobnie jak my brodzą w wodzie z rezygnacją. Dochodzimy do brzegu morza, biegamy wśród zabudowań, wracamy na pola. Brak jakiegokolwiek punktu odniesienia sprawia, że jedynym kryterium oceny naszej pozycji jest szacowanie odległości… Zapowiada się długi rajd… W końcu „wchodzimy” jednak w mapę i kilka kolejnych wariantów udaje się bardzo dobrze. Aż do ostatniego PK, z którym rozmijamy się o jakieś 50 metrów i prawie dwie godziny błądzimy wśród pól ryżowych, niewidocznych na mapie osad i dróg. Do bazy zawodów docieramy na przedostatnim miejscu i po głowach chodzą nam najczarniejsze myśli. Mieliśmy walczyć o zwycięstwo, tymczasem walczymy z limitem czasowym i o pozostanie w wyścigu. Przed nami dojazd rowerami na etap pływacki. Za nami tylko Japończycy, którzy pogubili się jeszcze bardziej. Pakujemy cały potrzebny sprzęt i ruszamy w pościg. Organizator zapewnia, że nawet jeśli dotrzemy po 17.00, kiedy zaczyna się darkzone tego etapu, będziemy mogli popłynąć, gdyż ocean jest spokojny. Kiedy dojeżdżamy do punktu młodziaki z Nowej Zelandii właśnie kończą swój „ocean swim”. Mówią, żeby zabrać buty, bo zanim wejdziemy do wody czeka nas sporo coasteringu. Z góry widzimy na morzu wiele ekip, które ciągle płyną w kierunku wyspy, gdzie mamy podbić kartę. Mijani Hindusi ostrzegają przed silnymi prądami. Pilnujemy kierunku i tego, żeby płynąć razem. Część drużyn prąd mocno rozbił i łodzie asekuracyjne wypływają coraz dalej. Mamy za sobą szybki rower i trochę łapią nas kurcze, ale idzie sprawnie. Wyprzedzamy kilka zespołów. Zaczyna silnie wiać i fale robią się coraz większe. Podbijamy punkt i szybko wchodzimy znów do wody. Obieramy najkrótszą drogę przez przesmyk by później dać się spokojnie znosić fali wzdłuż linii brzegowej. Zanim zapadnie zmrok płynąc oglądamy przecudny zachód słońca. Japończycy też wrzucili bieg wyżej i są tuż za nami. Kiedy gramolimy się na skały jest już kompletnie ciemno. W strefie zmian wita nas tłum lokalsów, a Heidi Muller krzyczy: „Welcome back to the race!” Ile to jeszcze razy będziemy odpadać i wracać do rywalizacji!

Ryflowany beton, którym na wyspie Biliran wyłożone jest większość dróg i dróżek jest zabójczo śliski. Moje twarde przełożenie powoduje, że na części podjazdów muszę pchać rower, gdyż tylne koło traci przyczepność. W dół nie jest lepiej. Zachowując ostrożność staramy się gonić czołówkę. Do kolejnego etapu musimy wystartować co najmniej jako 5. zespół, żeby zostać w kategorii „elite” i móc ścigać się o zwycięstwo. Pozostali będą walczyć już na trasie skróconej. Trzymamy wysokie prędkości przelotów. Udaje się. Na przepaku zostawiamy rowery, płetwy i kamizelki, jednak dostęp do skrzyń będziemy mieli dopiero po trekkingu. Staramy się podsuszyć trochę stopy a nawigatorzy wyznaczają kolejne punkty na mapie. Nierzadko trzeba odnosić się do poprzednich, które mimo używania mazaków permamentnych zmazują się z oklejonych map pod wpływem deszczu. Kompas, kątomierz, kalkulator… Syzyfowa praca… Trudno nawet z grubsza oszacować, ile czasu może zająć nam pierwsza wyprawa w dżunglę.  Ruszamy w noc.

Dziwne dźwięki tropikalnego lasu wymagają przyzwyczajenia. Po dłuższej chwili marszobiegu szosą skręcamy w wykarczowaną ścieżkę. A w zasadzie w potok błota, którym pod górę nie da się wejść, a w dół nie da się zejść. Nie jesteśmy w stanie ocenić ani tempa, ani odległości. Odnajdujemy zapowiedziane faworki i zaczyna się odcinek specjalny. Walczymy o każdy ustany krok, co jakiś czas gubiąc żółte wstążki. Wbijamy to w jakąś ślepą ścieżynę, to w poletko ananasów. Przestajemy liczyć czas. Co jakiś czas do chlupotu pod nogami dołącza ciepły intensywny prysznic z góry, który bębniąc o wielkie liście potęguje wrażenie zaczarowanego lasu. Dopiero konkretne schodzenie w dół pozwala w przybliżeniu ocenić gdzie jesteśmy. Kiedy po kilku godzinach docieramy do punktu kontrolnego w środku niczego nie chce nam się wierzyć, że obsługa czeka w takim miejscu. Dogoniliśmy też ekipy Malezyjczyków i jak szkolna wycieczka ruszyliśmy w kierunku kolejnych PK.

„Nie wyprzedzamy ich” mówi Marzka, co dla mnie i Artura brzmi jak refren ulubionej piosenki z dzieciństwa. Czyli że będzie wolniej, będzie błogo, wreszcie chwila spokojnego tempa. I rzeczywiście była to chwila. Kiedy tylko wyszliśmy z lasu do wiosek nasi etatowi biegacze forsują się na przód podkręcając tempo. Wymieniamy z Arturem kilka niecenzuralnych zdań. Przecież ten rajd nie kończy się tym trekkingiem. Przecież już jesteśmy bezpieczni w pierwszej piątce i pora odetchnąć. Czy na pewno musimy tak gnać? Ruszamy do przodu. Ekipy z Malezji nie odpuszczają i z przyjemnej wycieczki znów robi się wyścig. Na kolejnym PK odpoczywamy jeszcze wspólnie, potem urywamy konkurencję. Mokre i odparzone stopy coraz bardziej cierpią na betonowych zbiegach. Świta. Byle do przepaku.

Na listę obecności wpisujemy się jako drugi zespół. Fear Youth widać, że już od dłuższego czasu zażywają odpoczynku i niespieszno im ruszać. Spokojnie napełniają bukłaki, wyznaczają dalszą trasę. Nasi nawigatorzy też od razu biorą się do pracy. Wreszcie zmieniamy buty, zakładamy suche skarpety. Może choć przez godzinę takie pozostaną. Zalewamy liofilizaty. Błogi bezruch. Do strefy wchodzą Japończycy, którzy nie namierzyli odcinka specjalnego. Mamy nad nimi kilkanaście godzin przewagi. Jeszcze banany, cola i ruszamy. Czeka nas stosunkowo krótki  rower i niewyobrażalny nawet trekking. Nie widzimy całości etapu, bo chłopaki  zaznaczają tylko część punktów. Na kolejne będziemy mogli namierzać się dopiero, kiedy upewnimy się, że te już narysowane są poprawnie zlokalizowane. Gąszcz poziomic wśród których Rafał wpisuje numery PK przeraża. Zero dróg. Artur przelicza wszystko kolejny raz. Nawigacyjny koszmar. Na szczęście mapy wytrzymują póki co napór wody.

Dobrze już znajomą szosą dojeżdżamy do kolejnej strefy zmian. Podjazdy i skwar mocno dają się nam we znaki i sporo tracimy do Nowozelandczyków, którzy już biegną. Musimy wrócić kilka kilometrów drogą by znów wejść w dżunglę. Dajemy się z Arturem podpiąć pod hol, choć wolelibyśmy po prostu zwolnić, ale dzięki temu tempo jest równe. Spotykają nas ekipy filmowe, więc trzeba się uśmiechać, choć coraz bardziej boli. W ostatniej osadzie przed lasem kupujemy jeszcze bułki oraz ciepły ryż i zupę serwowaną z garnka do foliowych woreczków. Kilka dni aklimatyzacji przystosowało też nasze żołądki  i teraz pozwala już bez strachu jeść cokolwiek. Koszt takiego posiłku to 20 pesos, czyli 1.40pln… Skręcamy w dżunglę.

To jest moment, w którym czas przestał istnieć.


Godziny i pory dnia zlewają się w jeden górski potok. Kiedyś tam zapada zmrok. Podążamy ścieżką kolejnego odcinka specjalnego i wchodzimy do kolejnej rzeki. Sędziowie na punkcie ostrzegali przed wężami. Trudno jednocześnie uważać na każdy krok wśród kamieni, pilnować kierunku i wystrzegać się jadowitych gadów. Do tej pory ten element fauny Filipin jakoś nie zaprzątał naszych myśli. Coś tam na odprawie było o kobrach, ale wtedy potraktowaliśmy ten element humorystycznie. Spotykaliśmy na ścieżkach czasami małe węże, ale nie wzbudzały one grozy. Do momentu, kiedy mieszkańcy wiosek powiedzieli nam, że do dżungli w nocy, to tak nie bardzo…

A wcześniej światło latarki zatrzymało się na długim srebrnym cielsku. Na szczęście wąż okazał się martwy. I na szczęście leżał na swoim miejscu, kiedy po ponad 2 godzinach błądzenia po rzece kompletnie straciliśmy orientację. Jesteśmy na oznaczonym odcinku specjalnym, jednak wstążki są źle powieszone. Ponowne natknięcie się na węża uświadomiło mi, że chodzimy w kółko. Że wychodząc z rzeki do lasu i ponownie wchodząc do rzeki lądujemy w tym samym miejscu poprzez to, że spotykają się tutaj minimum dwa duże potoki. Zwisające liany, rwąca woda, wysokie brzegi- wszystko to spowodowało utratę poczucia kierunku i nie zwróciliśmy nawet uwagi na to, czy idziemy z prądem czy pod prąd. Dzięki wężowi udaje mi się rozwiązać zagadkę naszego położenia, za co Artur obiecuje piwo i ruszamy w dobrą stronę. Nie oznacza to jednak przyjemnej wędrówki. Jest coraz bardziej niebezpiecznie. Musimy przechodzić z jednej strony rzeki na drugą, nurt jest coraz silniejszy. Śliskie skały są zabójczą pułapką. Przy upadku tracimy jeden kijek trekkingowy, który znika w odmętach. Od pewnego czasu towarzyszą nam dwa białe psy, które pojawiły się znikąd, ale dają nam nadzieję, że wyjdziemy z tej plątaniny w kierunku wioski. Z przerażeniem patrzymy, jak czworonogi piszcząc przeskakują z kamienia na kamień, również szukając przejścia. Natrafiamy na coś w rodzaju rurociągu i jego wąską betonową konstrukcją odbijamy od rzeki. Ciągle jest ślisko i niebezpiecznie. W końcu docieramy na skraj lasu i błotnistym stromym zboczem, hamując przez chwytanie się bananowców, ześlizgujemy się do osady. Jesteśmy wykończeni.

Na twarzach nawigatorów pojawia się ogromne zmęczenie, jednak po pozbyciu się olbrzymich ilości gliny z butów i namierzeniu pozycji postanawiamy iść dalej. Punkt powinien być kilkaset metrów drogą w dół. Okazuje się, że się pomyliliśmy. Kładziemy się na krótką drzemkę. Zbyt krótką. Kilkanaście minut nie wystarcza na regenerację, co okaże się zgubne już za dwa punkty kontrolne. Na razie ten najbliższy odnajdujemy jeszcze niżej w wiosce. Chłopaki z obsługi częstują nas ryżem i parówkami w puszce. Uzupełniamy wodę i ruszamy. Do Nowej Zelandii mamy kilka godzin straty.

 Dotarcie na PK 17 to połączenie nawigacyjnego majstersztyku Rafała, uporczywego dopytywania miejscowych przez Artura i ogromnej porcji szczęścia. Na mapie nie ma dosłownie nic oprócz poziomic, a w opisie punktu znajduje się nazwa szkoła, co okazuje się na tyle mylące, że odnalezienie właściwego miejsca graniczy z cudem. Spotykamy Fear Youth, którzy po przespaniu kilku godzin pod jedną ze szkół bez powodzenia błąkają się po okolicy. Na listę obecności wpisujemy się jako pierwsi. I tutaj kończy się nasza dobra passa.

Kolejne 20h to totalne załamanie czasu i przestrzeni. Mieszanina absurdalnych decyzji nawigacyjnych, niezliczonej ilości wszelkiego rodzaju błędów i jednocześnie olbrzymiej porcji szczęścia. Nie doczytujemy poetyckiego opisu punktu mówiącego o kaskadach i niestarzejącym się pięknie i sugerując się zadaniem linowym poszukujemy skarpy lub skały na szczycie góry. Oczywiście bezskutecznie. Przez las nie da się iść na przełaj, bez maczety niewykonalny jest nawet jeden krok. Kiedy kończy się ścieżka zawracamy. Idę pierwszy, kiedy nagle słyszę krzyki pozostałych. Obracam się i widzę resztę teamu machających rękami i przeraźliwie wrzeszczących coś o szerszeniach. Kiedy dobiega do mnie Marzka widzę na niej olbrzymiego czarnego owada, który nie daje się strącić. Każę jej napiąć brzuch i uderzam dłonią z całej siły. Uciekamy. Załoga krzyczy z bólu. Mnie owady oszczędziły. Zatrzymujemy się i Rafał aplikuje pogryzionym leki antyhistaminowe i maść na ukąszenia. Najbardziej ucierpiała Marzka i z niepokojem patrzymy na zaczerwienione miejsca. Po raz kolejny staje mi przed oczami wizja nieukończonych zawodów.

 Po ataku owadów próbujemy się ogarnąć i po raz kolejny namierzyć punkt. Niestety. Dopiero po długim czasie wychodzi, że nawigatorzy nie dogadali się między sobą i wprowadzając korekty mało precyzyjnie zaznaczyli punkt, w związku z czym kiedy prowadził Artur szukał punktu na szczycie góry, a kiedy nawigował Rafał,  kierował się na zbocza. Zaczynamy błądzić i wątpić w każdy ustalony wcześniej szczegół. To w prawo, to w lewo. Doczytujemy opis i najpierw interpretując go jako kaskady pól ryżowych udajemy się w zupełnie przeciwnym kierunku. Następnie dajemy się ponieść absurdalnym wizjom i podążając za szumem wodospadu docieramy do wodnej kaskady na kompletnie innej rzece niż mieliśmy. Pół godziny restu. Kąpiemy się i pierzemy ciuchy. Przynajmniej na chwilę  jest świeżo. Po raz dziesiętny chłopaki wyliczają miejsce, do którego mamy dotrzeć. Wracamy i decydujemy się pójść rzeką. Potok jest rwący i posuwamy się bardzo wolno. Aż robi się niebezpiecznie i musimy wyjść na stromy brzeg. Porośnięty tak gęsto, że i tędy poruszanie staje się niemożliwe. Odwrót. W tym momencie Artur zatacza się i zaczyna majaczyć jak upojony alkoholem. Dosłownie w jednej chwili traci kompletnie siły. Nie, tylko nie tu, proszę!! I nie to nie kwestia wypadnięcia z zawodów, ale miejsce w którym jesteśmy budzi zgrozę. Zanim go stąd wyniesiemy miną wieki, a dotarcie pomocy w sensownym czasie jest równie nierealne. Błagamy, by zebrał się w sobie, by próbował iść. Liany plączą się wszędzie, walczymy z nachyleniem i roślinnością. Wracamy na PK 17 i prosimy miejscowego gospodarza o możliwość położenia się pod wiatą. Artur ma wysoką gorączkę. Nawadniamy go, zapodajemy leki przeciwzapalne i karmimy. Zostajemy poczęstowani jedzeniem, gdyż w miejscowym sklepiku nie ma wiele poza chipsami i gazowanymi napojami. Owinięty folią nrc zasypia od razu. Ekipa też się kładzie, a ja rozmawiam z obsługą punktu i z miejscowymi. Jest niesamowicie gorąco. Adrenalina i jednocześnie chęć poznania miejscowych zwyczajów utrzymują mnie na nogach, choć nie spałem na tych zawodach prawie nic. Po jakimś czasie budzi się Artur. Po gorączce nie ma śladu. Mówi, że chce spróbować. Decydujemy się kontynuować, choć osobiście mam czarne myśli. Gospodarz każe zerwać dla nas kokosy i cięciem maczety otwiera wielkie orzechy. Chciwie wypijamy zawartość. Kiedy na pierwszym spotkaniu teamowym online wymienialiśmy swoje mocne strony Marzka przywołała niezwykłą zdolność Artura do dosłownego powstawania z martwych i te słowa sprawdzają się teraz w 120%. Gdybyśmy w takim stanie trafili do szpitala nikt by nas nie wypuścił szybciej niż po 24h. Tymczasem my po 2 godzinach restu ruszamy.

Niestety, wiedzeni jakimś omamem znów próbujemy podejścia wariantem, który już kilka razy się nie udał. Zapada zmrok a my nie zbliżamy się nawet do wodospadu, choć miejscowi twierdzili, że ścieżka doprowadzi nas na miejsce. Zdajemy sobie sprawę, że kończy się nam zapas światła i nie damy rady przejść nocy. Atmosfera robi się jednocześnie grobowa i napięta. Próbujemy różnych ścieżek, ale każda prowadzi do nikąd. W końcu decyzja o rezygnacji. Poddajemy się. Zdanie Artura, że znowu nie ukończy rajdu ARWS pobudza mnie do działania. Wygłaszam nieprzyjemną tyradę na temat upierania się przy głupim wariancie, zamiast pójścia pewną, ale dużo dłuższą drogą, przy czym dawno mielibyśmy tych dodatkowych kilkanaście kilometrów za sobą, tymczasem tkwimy w czarnej dziurze od kilkunastu godzin. Jakimś magicznym sposobem nie spowodowało to rozłamu, ale poskutkowało podjęciem decyzji o powrocie do PK 17 i po przespaniu się ruszeniu okrężną drogą. Niewiarygodnym wydał nam się fakt, że po tak długim czasie okazało się, że nadal jesteśmy na drugim miejscu. Prosimy znów „naszego” gospodarza o użyczenie wiaty i decydujemy się na jedynie półtorej godziny snu, by jak najszybciej zacząć schodzić w stronę morza i uciec kolejnym zespołom. Po drzemce nastroje w drużynie znów są bojowe. Nie mamy do siebie wzajemnie ani grama pretensji i rozmawiamy o dalszej części rajdu. Zbliża się limit końcowy i staramy się wyliczyć, ile trasy damy jeszcze radę zrobić, by na czas wrócić po rowery i dojechać do mety. Próbujemy też ogarnąć, co się wydarzyło przez ostatnich prawie 20h i dochodzimy do wniosku, że to po prostu był dziwny sen. Artur wyczarowywuje kabanosy.

Jest nam żal spotkanych Malezyjczyków, którzy jakby bez nadziei na sukces przeczesują wioskę poniżej, bezskutecznie dopytując o szkołę, ale na tym etapie nie możemy podzielić się z nimi radosną wiadomością, że mamy punkt. Dla nich też załamała się czasoprzestrzeń.

Dotarcie do wodospadów nawet drogami wymaga czujności. Po zejściu do poziomu morza w nocy trudno o jakiekolwiek punkty odniesienia. Na pewno nie mogą być nimi zabudowania. Przecież mapa została wydana prawie 70 lat temu…

Obsługa zadania specjalnego wita nas z radością i niedowierzaniem. Heidi czekała na nas tutaj większość dnia, niestety się nie doczekała. Plątanina lin zabezpieczających prowadzi gdzieś w stronę huczącej wody. Zjazd jak zjazd, w nie bardzo nawet wysoki, jednak w nocy i na zmęczeniu robi wrażenie. Spieszy nam się, więc przegrzewamy trochę przyrządy, szczególnie Rafał;) Jedna z ekip malezyjskich, Kamikaze, dociera na zadanie w chwili, kiedy my kończymy. Konsultujemy z nimi godzinę zamknięcia trasy, jednak nikt nie jest pewny. Wiemy jedynie, że do mety będziemy się teraz ścigać o drugie miejsce.

Musimy podjąć decyzję czy próbujemy jeszcze zdobyć jeden PK. Marzka chce prosto do strefy zmian, żeby mieć pewność, że ukończymy na czas. Ja boję się, że Malezyjczycy podejmą udaną próbę zdobycia jednego PK więcej. Chłopaki biorą się znów za obliczenia. Ostatecznie przegłosowujemy, że robimy ostatni PK, dając sobie na niego jednak ograniczony czas.

Wbijamy w koryto rzeki, na której ma być punkt. Rafał jest pewny w 100%. Wszystko się zgadza. Nie pasuje jedynie ilość wody, która ledwo się sączy. Przecież to miała być ta rzeka, do której zjeżdżaliśmy na linie tuż przy olbrzymim wodospadzie. Już mamy rezygnować, kiedy Artur doznaje olśnienia i krzyczy, żeby pobiec wyżej. Jest PK 19. Przy moście nad nowym korytem, które oczywiście nie było zaznaczone na mapie… Przyjeżdża sędzia, który informuje nas o możliwym cut-offie, o szczegółach mamy się dowiedzieć wkrótce. Długo zastanawiamy się co robić – szkoda oddawać drugie miejsce. Podejmujemy decyzję o jeszcze jednym punkcie i chłopaki biorą się za skomplikowane wyznaczanie właściwego miejsca.

Wracamy do głównej drogi. Znad przeciwka idą Kamikaze. Chwila przyjacielskiej rozmowy i porównanie wyznaczonych obszarów  na mapie. Już wiemy, że to ostatni PK zawodów, potem na rowery i do mety. Wyrysowany obszar mają bardzo zbliżony. Wszyscy szykujemy się na decydujące starcie. Niestety wyglądają na dużo bardziej świeżych. Nadchodzi najtrudniejszy poranek zawodów. Każdy z nas idąc walczy z sennością. Wychodzi słońce i robi się niesamowicie gorąco. Miejscowe energetyki o wdzięcznej nazwie… Cobra pozwalają przetrwać kryzys. Nie możemy zwolnić ani się zatrzymać. Kilka kilometrów szosą a później betonową drogą przez dżunglę na tysiącmetrowy szczyt. Co jakiś czas dołączają do nas dzieciaki, które akurat dziś nie mają szkoły. Rozmawiamy z nimi, Rafał uczy jedną grupkę refrenu „Polska, biało-czerwoni!!” Biegną za nami śmiejąc się i zniekształcając polskie słowa. Jest coraz cieplej. Podnosimy z drogi mango i delektujemy się najlepszymi owocami świata. Grupa dziewczynek biegnie do domu i za chwilę doganiają nas z kokosami. Pijemy łapczywie dziękując niebiosom za tak uczynnych ludzi.  Na szczycie przemiłe spotkanie z obsługą punktu i chwila zastanowienia, czy próbujemy ścinać przez dżunglę, jednak wspomnienia ubiegłych godzin każą nam wybrać ponownie nagrzany asfalt. Zejście boli. Kiedy tylko zaczynają się zabudowania kupujemy colę i cobrę. Co jakiś czas obracam się sprawdzić, czy Kamikaze już nas doganiają. Jeszcze nie.

Ból i skwar są trudne do wytrzymania. Widzę, że Artur cierpi najbardziej. Każdy krok okupiony jest olbrzymim grymasem na twarzy. Po zawodach okaże się, że jego stopy są w najgorszym stanie i jeszcze kilka ładnych dni będzie walczył z ranami i opuchlizną. Próbujemy pomóc na ile się da. Tuż przed strefą zmian kupuję kilka kilogramów lodu. Po dotarciu do rowerów chłodzimy przede wszystkim głowę i nogi Artura. Musimy wszyscy wytrzymać jeszcze jeden pełen podjazdów etap. Mimo, że staramy się działać szybko, przepak zajmuje wieczność. W tym czasie na strefę wchodzą Kamikaze i prawie od razu wychodzą. Zrzucam z roweru cały niepotrzebny balast, w plecaku już tylko wyposażenie obowiązkowe. Szykuję się na ostrą jazdę. Worki z lodem pod kask i na kark. Zapinamy hol i ruszamy w pościg.

Podjazdy wchodzą jakby za nami nie było siedemdziesięciu kilku godzin, a co najwyżej krótka rozgrzewka. Na prostej grubo ponad 30kmh. Nagle są! Na poboczu zmieniają dętkę. Przyspieszamy. Na zatłoczonych ulicach gwiżdżę ile sił by przebić się przez riksze, motorki i klaksony. Upewniam się, że cały team jedzie razem i każę się napić przed podjazdem. Sam na tym sprinterskim etapie wypijam ponad 1,5litra. Ktoś z tyłu krzyczy, że widać Malezyjczyków. Nie, nie teraz! Nie po tym co przeszliśmy!  Jeszcze bardziej przyspieszamy. Podczas szaleńczego przejazdu przez Naval wyprzedzamy wszystko i wszystkich, rozpychając się i wymuszając pierwszeństwo głośnym gwizdem. Ostania prosta. Koniec. Entuzjastycznie witani mijamy linię mety. Jesteśmy drudzy.

Była jeszcze dekoracja i prześwietny międzynarodowy wieczór na zakończenie zawodów. Była droga do Tacloban i dalej na południe. Była chwila na snorkeling czy nurkowanie i była droga do Polski przez 35-cio stopniowy gorąc w Manili i zimne Zakazane Miasto w  Pekinie. I przez zamrożoną Warszawę. Odśnieżaniem garażu kończę jedną z największych przygód życia. Dzięki Ekipo!! Dzięki Marzka, dzięki Artur i dzięki Rafał!! Dzięki za dwa pełne tygodnie niesamowitej przygody. Za wszystkie wypite i zjedzone wspólnie mango i nie tylko, zwiedzone miejsca, za wzajemną pomoc i zrozumienie i brak jakiejkolwiek kłótni. Za zbudowanie drużyny, która przeszła niejedno i zdobyła wicemistrzostwo Azji podczas ARWS LaRouta Adventure Race;)

PS do tytułu: w przyrządach był jeszcze jeden niezbędny na „k”, czyli kurwomierz i bynajmniej nie służył do pomiaru złego nastroju w drużynie;) Kilka razy musieliśmy mierzyć długość rzek i bez kurwomierza (lub krzywomierza) to chyba nitką i linijką tylko…

Zdjęcia zamieszczamy dzięki uprzejmości organizatorów
La Routa Adventure Race
Adventure Race World Series

Scroll to top