Pewnie wielu, tak jak ja, kiedy usłyszało o ultramaratonie Łemkowyna, chciało tam pobiec, bo łączą ich jakieś wspomnienia z Beskidem Niskim. I chcą tam wrócić. Ja też.
Zachęcając do udziału w tym ultra niezwykłym biegu, opowiem historię jak ja wspominam Beskid Niski, kiedy z żoną przemierzaliśmy go w podróży poślubnej. To oczywiście nie był bieg, cały GSB zajął nam 18 dni, w samym Niskim spędziliśmy 5. Wydaje mi się jednak, że poza tempem przemieszczania, wiele rzeczy pozostanie niezmienne. Bo taki jest trochę Beskid Niski, za bardzo się nie zmienia.
Wszędzie jest cicho, nie ma wielu turystów. Przemierzając 150km czerwonego szlaku przez pięć dni spotkaliśmy JEDNEGO turystę. Kluczowa pewnie była pogoda, ale o tym pod kolejnym zdjęciem. Zanim jednak zjedziecie wzrokiem niżej to polecam włączyć „podkład muzyczny” z Rainy Mood
Robi się mokro, i dobrze, bo Beskid Niski kojarzy mi się w pierwszej kolejności z deszczem. Deszcz padał w naszej podróży nonstop. Na deszcz odpowiednio zareagował oczywiście Główny Szlak Beskidzki, stając się jedną wielką błotną ślizgawką.
Tam gdzie ślizgawka się kończyła, tam pojawiały się kałuże, małe i większe stawiki. Za schroniskiem Bartne rozlewisko było szerokie i długie na kilkaset metrów. Z poświęceniem wysuszone w nocy buty już o 8 rano wróciły do stanu nasiąkniętej gąbki.
Ten ładnie wyglądający szlak pomiędzy dwoma polami, kawałek niżej zamieniał się w konkretny 20-30cm głębokości strumyk. I tak aż do samej doliny.
Ponura aura sprawia, że niektóre miejsca postrzega się inaczej, mocniej. Takim niewątpliwie jest góra Rotunda, na której szczycie usytuowany jest cmentarz żołnierzy poległych podczas I Wojny Światowej. Tam po prostu trzeba wejść w pochmurny, deszczowy dzień.
Wracając do stwierdzenia, że w Beskidzie Niskim jest cicho, warto wspomnieć wioskę Wołowiec. Tak się zastanawiam, czy jak będziemy biec tą Łemkowynę, to czasem na ganku którejś z chat nie zasiądzie Andrzej Stasiuk. Ciekawe co sobie pomyśli jak zobaczy kilkuset w getry odzianych biegaczy.
O wodzie było już sporo, ale nie wspominałem jeszcze strumyków, które będzie trzeba przekraczać podczas Łemkowyny. Te które trafiły nam się w podróży, z strumyków, które pokonuje się skacząc po 2,3 kamieniach, zamieniały się w rwące rzeki. Przed Wołowcem jest taki fragment, który w przewodniku GSB jest opisany – kilkukilometrowy odcinek wzdłuż strumienia z kilkoma brodami do przekroczenia. W podróży wtedy czułem się trochę jak na rajdzie przygodowym, tylko nie jestem pewien czy żona chciała wtedy w nim uczestniczyć.
Beskid Niski to poza typowymi leśnymi szczytami bardzo dużo polnego krajobrazu. Jedne miejsca – jak stogi siana we mgle – robią niezwykłe wrażenie, inne – jak buda zrobiona z kontenera – już mniejsze.
Teraz o wodzie z kranu, tzn kraniku w uzdrowiskowej pijalni. Na zdjęciu widać pijalnię w Iwoniczu Zdroju. Wierzę, że tamtejsza woda jest „super zdrowa”, ale w smaku to nie za bardzo. U mnie powoduje odruchy wymiotne, więc podczas Łemkowyny nie polecam tankować.
I ostatnia rzeka – Osława, czyli ta która płynie przez Komańczę i wyznacza granicę pomiędzy Beskidem Niskim a Bieszczadami. Tam będzie meta naszej Łemkowyny.
Życzę sobie i wszystkim którzy wystartują z Krynicy, aby do tej rzeki dotarli, a po drodze żeby wody było jednak jak najmniej. A może nie. niech grzmi i leje.
Ultramaratony mają w sobie spory element przygody. Nigdy wszystkiego dokładnie nie można zaplanować. Niech więc Łemkowyna Ultra Trail będzie niezwykłą przygodą, taką którą się zapamięta na długo.
Marek
i dla przypomnienia
Łemkowyna Ultra Trail to 3 trasy do wyboru.
ŁUT 150km, ŁUT 70km, Łemko Trail 29km.
Wybierajcie więc i spotkajmy się na czerwonym szlaku.