Rajd Nocny Poznań 2006 – Team Spirit

Team spirit – relacja z Trasy Adventure Rajdu Nocnego w Poznaniu
Andrzej Brandt, członek zespołu ZHP NONSTOP ADVENTURE

14:42 CET – Dobrze rozpoczynam dzień – spiesząc się na pociąg wskakuję do drugiego od końca przedziału między wagonami z rowerem i pan konduktor w całej swej uprzejmości informuję mnie o tym fakcie wypisując druczek mandatu. Reaguję śmiechem. Ale uszanowanemu Panu chyba nie jest do śmiechu i z 50 PLN podwyższa do 70 PLN. Czysta parodia. I już mam w myślach treść długiego odwołania. Lekko nabuzowany, ale wciąż z bananem na gębie ustawiam sobie siedzisko. Wszak jadę na Rajd!
17:00 CET – od 20 minut powinienem być w Poznaniu. Środek lokomocji, którym podążam jest prawdopodobnie najniżej ulokowanym w hierarchii pociągiem, gdyż na kolejnych zadupijnych stacjach przepuszczamy nawet odśnieżarki i jednowagonowe transporty drewna. No tak, śniegu nie ma a drewno czekać nie może. A może on się męczyć nie może i dlatego odbębniamy te 10 – 15 minut na prawie każdej stacji???
17:32 CET – szansę startu mizernieją z każdą minutą – tym razem z powodu 15 minutowego oczekiwania na wolny tor. Intercity mija nas z prędkością światła i ruszamy. Mijają 4 minuty – pan konduktor na stacji Wyrwigrosz Dolny czeka na paczkę kolejne 20 długich minut. I już dostaję zapaści. Cały czas myślę, że mam po prostu paskudnego pecha – jeszcze nie wiem co spotkało nasz drugi team na trasie do Poznania.
18:05 CET – wow! – jestem na dworcu. Marek mnie odbiera i śmigamy do bazy. Mówi mi o Stasiu, Wiśni, Magdzie i Tomku – korki na trasie skutecznie utrudniają im dotarcie do stolicy Wielkopolski. Na tyle, że wystartuję przeszło 45 minut później.
19:00 CET – Kwartet smyczkowy w całej okazałości – Marek, Ola, Stasia i Ja – Czarny, odszczepieniec spoza Śląska – nagrzani, gotowi i nastrojeni . Poznańska Starówka staję się areną startu i orientacyjnego prologu, który pokonujemy migusiem bez najmniejszego problemu. Ale już czas na aluminiowe rumaki – raz, ale dużo – 60 km. Nie będzie to mój etap. Spore braki treningowe, choroba, obawy, co do nie całkiem sprawnego roweru, do tego brak jakichkolwiek informacji, czego to się możemy spodziewać. Nic to – kręcimy. Na początku dość problematyczny wyjazd z Poznania ze względu na brak informacji o skali mapy. Śmigamy cały czas w okolicach środka stawki, mając przed sobą kilka lokalnych ekip. Gdzieś w okolicach 15-20 km wjeżdżamy na OS i wreszcie coś z kolarstwa górskiego – pchamy rowerki pod Obserwatorium. Drepczemy i siłujemy mocno, później zjeżdżamy, ale nijak nie posuwamy się w klasyfikacji, przez co na pierwszym Zadaniu Specjalnym – wspinaczce na sztucznej ściance przyjdzie nam odbębnić kilkanaście minut w kolejce. Grrr..ale dobry humor nas nie odpuszcza.
Na asfaltowym przelocie przez poligon podkręcamy i przypuszczamy frontalny atak grupowy – jest mocno, nawet bardzo mocno. Tempo, które trzymamy odtąd do końca roweru pozwala nam wreszcie mijać kolejne teamy. Jest GENIALNIE! Kwartet pochwycił dobrą melodię i zaczyna grać! Prawdziwe ściganie już do samej mety! Po drodze kajaki, które głównie zapadną mi w pamięć z powodu obsługi – Panowie, BETON! O ich dogłębną, doświadczalnie zbadaną charakterystykę proszę zwracać się do Stasi i Oli. Ja z Markiem trałujemy na wodzie ganiając za świetlikami a dziewczyny na lądzie bacznie obserwują poczynania wyżej wymienionych panów. Zaistniałe tam, dość komiczne, incydenty doskonale ilustruje komentarz Stasi rzucony na pożegnanie – „poszły konie po..betonie” J . Cały czas gonimy, trzymając ustalone tempo. Jeszcze tylko zwiedzamy bunkry robiąc bardzo ciekawe Zadanie Specjalne nr 2 i do szkoły na przepak. Na miejscu jest tylko in i out. Dosłownie sekundy. Co by nie było ociągam się najbardziej. Ledwo zdążam zdjąć pampersy (spodenki rowerowe na szelkach to jednak na rajdach nie najlepsze rozwiązanie) widzę wychodzące dziewczyny i Marka. No nic, zmieniam ciapcie i już mnie nie ma. Po drodze szamię jeszcze poznańską bułę Staśki, jakiś batonik i wsio. Cel jest prosty – gonimy Hadesiaków. Biegniemy – przeloty długie i proste, bo po mieście, uliczkami, chodnikami, pasażami, drogami rowerowymi. I jakoś tak strasznie mnie to usypia, świecące neony nocnego Poznaniu wywołują u mnie psychiczną epilepsję. Przed ostatnim ZS’em mijamy Hades, co okazuję się bardzo dobrym posunięciem w perspektywie pokonywania dość trudnego mostu linowego. Po nim nie wiele pamiętam poza dłuuuuugimi chodnikowymi traktami między punktami. Od ostatniego ZS’u jesteśmy cały czas pierwsi wśród harcerzy i w generalce. Fakt zostawienia z tyłu takich nazw jak Adventura i Speleo Salomon robi na mnie ogromne wrażenie, mimo iż obydwie ekipy startowały w eksperymentalnych składach. Tempo, po 7h napierania jest cały czas bardzo mocne. Na ostatnim punkcie przed Metą robimy jeszcze krótkie kilkukilometrowe BnO po parku. I zaczynają się te momenty, które w rajdach lubię najbardziej – świadomość tego że zmierzasz już do mety, że nie jest już tak upiornie daleko i koniec nie jest odległym i niepewnym punktem.
4:09 czasu miejscowego – Ha! META! Toniemy w uciskach i jest fajnie. Symfonia zagrana i poprowadzona w sposób doskonały – pierwsze miejsce.

Fizycznie – poszliśmy genialnie, z przytupem i impetem, mocno, dokładnie jak widać na załączonych wyżej słowach. Ale rzecz w tym, że jakby mało istotny był fakt łojenia tych 85 km – co ciekawe poza chronologicznymi aspektami pokonywania trasy o których wspomniałem wyżej, ten rajd kojarzyć mi się będzie głównie z zespołem, ze zdarzeniami których ze względu na pamięć czasowo umiejscowić nie mogę. Piszę o genialnych gadkach motywacyjnych Staśki, na których tak naprawdę zajechać mógłbym nawet 400 km rajd, o niesamowitej determinacji i sile charakteru Oli podczas rowerów i ostatniego ZS’u, o Marku, który poprowadził nas z ogromnym wyczuciem, dyktując tempo i perfekcyjnie wchodząc w punkty. I tak naprawdę nie zdołam wymienić nawet połowy.
Team Spirit rzekłbym – to on wygrał, nie łydki, uda, dobrze wypracowana buła czy sprzęt, ale właśnie duch. Duch zespołu czwórkowego – w moim mniemaniu absolutny fenomen, istota rajdowania. Taka czwórka to istne perpetum mobile, co to raz na starcie się popchnie, podpali osiem łydek i wsio – maszyna, której lepiej nie zatrzymywać i nie stawać na drodze. Nasz duch spiął się na tyle mocno, że pozwolił nam wygrać. Byliśmy zespołem.

Scroll to top