Zacząć szybko, nie zwalniać tak długo jak to jest możliwe i … skończyć też szybko! Taki był przepis na zimową edycję Silesia RacePlaneta Przygody, który tym razem zagościł w okolice Jaworzna i Chrzanowa. A jak wyszło w praktyce? Krótka relacja ze zmagań na trasie Adventure Race Profi.
Etap 1 – bieg na orientację po mieście – 10 km
Mapki w dłoń i sprint po Jaworznie Szczakowej to okazja do przewentylowania płuc. Nie ma zmiłuj, na płaskich rajdach takie etapy trzeba biegać po 4:30 min/km, żeby nie zgubić czuba. Lecimy swoim wariantem, dość sprawnie nawigując. Poza jedną wtopą na około 7-8 minut ciśniemy bez marudzenia, ale rywale byli na tym etapie szybsi. Etap kończymy na 2-3 miejscu. Rozgrzewka skończona. Czas na rower.
Etap 2 – rower – 60km
Śląsk po lewej stronie, małopolska po prawej stronie. A pośrodku plątanina jednego z największych węzłów kolejowych w Polsce – Jaworzna Szczakowej. Dlatego etap rowerowy to nieustanna telepanina na płytach betonowych wyłożonych wzdłuż kolei, stacje cargo, kominy elektrowni i dużo lasów pomiędzy.
Ciśniemy równo, etap prosty nawigacyjnie, sporo asfaltu. Aż do momentu, gdy trzeba się rozdzielić, żeby zebrać punkty z dwóch map do biegu na orientacji. Nie kombinujemy – ja biorę jedną mapę, Artur bierze drugą. Widzimy, że nasi rywale kombinują nieco inaczej i dzielą punkty na obydwu mapach. Kto na tym wyszedł lepiej? Ciężko powiedzieć, ale na przepaku zbliżamy się na kilka minut do prowadzących dwóch ekip.
Etap 3 – trekking – 15 km
Przepak w remizie na wypasie. Serwowana jest pajda ze smalcem i ogórem. Żadne tam wymyślne sportowe batoniki czy żele. Konkret, ma być tłusto i grubo. Uzupełniamy wodę i lecimy na trekking, tym razem nawigując przez 15 kilometrów na mapie o skali 1:50 000. Detali nie idzie odczytać, ale za to doskonale na mapie grają granice lasów. Prawie bez wtop kończymy ten etap w dwie godziny. Znowu blisko naszych rywali.
Etap 4 rower – 60km
Osiem stopni na plusie i zacinający deszcz to nowa rzeczywistość polskich zim. Gdy wsiadamy na rower, mrzawka towarzysząca nam przez większą część dnia zamienia się w mega zlewę. Nakładanie dodatkowych warstw mija się z celem, bo i tak finalnie chlapie od dołu i z góry. Mokre jest wszystko, wieje, pada deszcz. Fajne, klasyczne rajdowe warunki. Nie zraża nas to, ale znacząco zwalnia, bo leśne szutry stają się jeszcze bardziej błotniste. Trochę marudzimy też, gdy zapada zmrok i ciężej odszukać niektóre punkty. Czy już mówiłem, że pada deszcz? Nie przestaje do samego końca. Na metę wjeżdżamy po około 13,5h zabawy, na drugim miejscu w kategorii męskich dwójek i 4 open. Do najlepszych zabrakło około 40 minut – niby niewiele, ale ostatni etap zdecydowanie nie był naszym najlepszym popisem mocy i umiejętności nawigacyjnych.
Niemniej – dobry, mocny, solidny trening przed sezonem. Andrzej Brandt i Artur Moroń