Chudy na dwa sposoby

Albo z mocą na trasie długiej, jak w przypadku Marka, albo z nieco mniejszą mocą, za to solidnym przyziemieniem na niechcianej, krótszej trasie, jak w przypadku Czarnego. Z dwóch polecamy ten pierwszy, ogólnie zaś rekomendując Chudego Wawrzyńca, jako jeden z najciekawszych biegów w polskich górach.


Galeria z Chudego dostępna na naszym profilu na Facebook’u, zaś film TUTAJ lub pod wpisem.


Nie, drewniana chałupa Danielki tego nie wytrzyma – myślę, podskakując, gdy w bliskich odległościach od schroniska uziemiają się kolejne błyskawice. Front burzowy, który właśnie przetacza się nad Workiem Raczańskim, odbija sobie kilku tygodniowe upały, dając do wiwatu. Dechy trzeszczą, dach z powtarzalnym furgotem odbija hektolitry deszczu – dosyć ciężka to kołysanka, ale jej powtarzalność (godna przeciąganych heavymetalowych etiud w stylu Rhapsody) powoduje, że i tak zasypiamy. Potrzebujemy snu, bo…

jutro napieramy.

Jutro następuje szybciutko, bo i sen ledwie kilku-godzinny. Wystarczający jednak, by rozgromiony nieboskłon poszedł w cholerę, zostawiając krajobraz utkany z wilgotnych zasłon. Mokro jest, ale nie leje. I to jest najlepsza wiadomość tego dnia. Warun rewelacyjny – mokro i chłodno. Ruszamy. W ciemną noc, po…

…ciemnym asfalcie, w ciemny las.

Pierwsze, asfaltowe kilometry rozpędówki są wiadomo jakie – zawsze za szybkie. Bo meta z pewnością stoi za zakrętem, więc trzeba dociskać. Dociskamy więc, jeno za zakrętem nie ma mety, ale pierwsza sztajcha. Co ja mówię, sztajchiątko (że się posłużę niepoprawną polszczyzną). Leci z biegu, bo i po co się zatrzymywać. Lubię te kilometry, przyjemnie się ciśnie – czuć moc. Można, na głębokim wdechu, przyłożyć zdyszanemu rywalowi, goniąc z uśmiechem i kolanami przy brodzie. Że niby taki jestem mocny. Tu jestem, ale na długaśnym podejściu pod Raczę sapię donośnie, charczę i stękam jak zmurszała lokomotywa. No i nie zadzieram głowy w górę, bo i po co się obarczać kolejnym sytym podejściem. Charakterystyczna konstrukcja tarasu przed schroniskiem wyrasta w najmniej spodziewanym momencie. Czas więc na głęboki oddech, zluzowanie nóg i puszczenie się dzikim pędem po kamulcach w dół. Plan jest znakomity, lecz słabych lotów ze mnie baletnica. Czy to rąbek u spódnicy, czy uślizg na mokrym kamorze? Nie wiem. Wiem, że lecę, gdy czuję, że lewa noga nie chwyciła ściechy.

Przyziemiam gruchnięciem godnym nocnej burzy

… szorując jeszcze przez moment po trotuarze usypanym drobnymi kamulcami. Zbieram się nad wyraz żwawo, by po kilku krokach poczuć zamroczenie. Stop. Dokonajmy oceny szkód. Czerwona strużka sączy się z kolana, ale nie wygląda źle. Plus standardowy zestaw zdarć na kopytach. Nic poważnego – myślę sobie i wracam do biegu. Kilka minut później już wiem, że dobrze nie jest. Na zbiegach gruchnięte kolano blokuje mi ugięcie. Muszę zwolnić normalną prędkość zbiegów do delikatnego tuptania, co cholernie mnie irytuje. Mijają mnie tuziny biegaczy, których – na podbiegach – staram się doganiać, ale co to za wóz, który działa tylko w jednym trybie? Jeszcze się ze sobą – i z kolanem – mocuje psychicznie między Raczą a Przegibkiem, by ostatecznie…

… na Rycerzowej rzucić ręcznikiem i zrejterować na krótką …

… trasę. Muńcoł i długi zbieg do Ujsół pokonuję na irytacji i bezsilności, a to dobre emocje, by zmobilizować się do żwawszego pokonywania trasy. Meta w 5:44 daje mi 14 miejsce. I dobrze, i źle. Trzeba będzie się odegrać. Tu kończy się moja historia, a zaczyna

…wielka przygoda Marka,

… który z impetem wszedł w pierwszą część trasy meldując się na Przegibku w ścisłym czubie. Szybki przepak (zobaczcie na poniższym filmiku) i ogień w najtrudniejszą część trasy – ostre darcie po mocnych i bardzo stromych sztajchach na granicznym szlaku, o czym już sam Marek: Trasa po granicy od Rycerzowej do Glinki bardzo wymagająca, kilka podejś gdzie trzeba było łapać się drzew żeby nie zjechać na błocie. Po pierwszym „pionie” myślałem że Oszust już za mną. Dopiero kolejna górka okazała się tym najmocniejszym podejściem, ale konkretnych sztajch było jeszcze kilka. Ciężkie ziegi i tam chyba traciłem najwięcej. Od Glinki do Trzech Kopców przyjemnie lekko pod górę, dało się biec. Od 65 km wpadłem w muzyczny trans, udało się cisnąć do mety w dobrym tempie, ale uda zbite modelowo. Marek wpadł na metę na dziewiątym miejscu, pokonując ok. 84 kilometry w 9:36, co daje średnią 8:32 km/h!. Półrocze solidnych treningów dało fantastyczne rezultaty. Teraz, z racji braku rajdowych imprez, kolejne tygodnie treningu i widzimy się na Biegu Siedmiu Dolin, prawda?

Wyniki dostępne TUTAJ.

Scroll to top