Jak przebiec maraton poniżej 2h50min

Swą przygodę z regularnym bieganiem zacząłem w zasadzie dopiero po ukończeniu swojego pierwszego maratonu  czyli Silesia Maraton w 2011r .  Debiut ten okazał się na tyle dobry (3:05h bez większego przygotowania), że wciągnąłem się trochę w to bieganie i zacząłem obierać co raz to ambitniejsze cele. Rok później było już pierwsze w życiu złamane 3h na niełatwej trasie Silesia Maraton (zająłem też wtedy świetne 6 miejsce w generalce).

Oprócz maratonów zacząłem też startować w krótszych biegach ulicznych, a także biegach górskich. Do 2014 r. miałem już za sobą prawie 3 lata regularnego w miarę biegania i życiówkę w maratonie na poziomie 2h53min. Ponieważ apetyt rośnie w miarę jedzenia, trzeba było wyznaczyć kolejny cel, którym było złamanie magicznej bariery 2h50min w maratonie. Dla niektórych (nie ma ich aż tak wielu J ) niby nic takiego, lecz dla większość to cel nieosiągalny. Dla mnie bynajmniej to kolejny etap rozwoju biegowego (przynajmniej mam taką nadzieję) i w miarę realny cel do zrealizowania. Tak więc cel został sprecyzowany, trzeba było jeszcze wybrać miejsce i czas do zrealizowania tego ambitnego planu. Po przeglądnięciu kalendarza biegów maratońskich w Polsce, okazało się, że 13 kwietnia w Warszawie odbywa się druga edycja prężnie rozwijającego się ORLEN WARSAW MARATON. Duży sponsor, fajne opinie uczestników z zeszłego roku no i bardzo szybka trasa (dość płaska) skłoniły mnie do zapisania się na ten jak się okazało jeden z największych maratonów (i najszybszych w historii biegania po ojczystej ziemi) w Polsce.

Przygotowania postanowiłem rozpocząć z początkiem nowego roku:

Styczeń upłynął jak na mnie bardzo owocnie, gdyż udało mi się ubiegać  ok. 215km w tym kilka biegów średniej długości (ok. 20km). Jak na fazę wstępną i początek II uważam ten miesiąc za udany.

Luty miał być początkiem bardziej specjalistycznych treningów, i przygotowaniem do najtrudniejszej fazy III. Lecz       z powodu choroby okazał się być miesiącem prawie straconym jeśli chodzi o trening. W całym lutym udało mi się zrobić tylko 7 treningów o łącznym dystansie 66km sic. Myślałem sobie wtedy „no trudno” najważniejsze to wrócić do zdrowia i spróbować trenować dalej. W końcu udało się wyzdrowieć i w marcu postanowiłem popracować trochę więcej i mocniej. Efekt był niezły 313km i 26 jednostek treningowych w tym jedna ok. 30km. Generalnie treningów było dużo choć niestety dość krótkie. W całym programie niestety nie miałem prawdziwych długich wybiegań powyżej 2 godzin, co skutkować mogło dużym kryzysem po 30km (trochę się tego obawiałem). No ale cóż, tak jest w życiu, że nie zawsze ma się tyle czasu na trening ile by się chciało lub powinno mieć realizując ambitnie postawiony cel. Przy realizacji mojego planu liczyłem jednak na swoją wrodzoną wytrzymałość i już jakieś doświadczenie (miał to być mój 5 maraton). Ponieważ przed maratonem warto było zrobić sobie jakiś sprawdzian biegowy, który powie nam w jakiej formie jesteśmy (najlepszy byłby start w półmaratonie). Jednakże nie mogłem jechać na żaden półmaraton, więc wystartowałem w Biegu Wiosennym w Parku Śląskim na 10km. Start wyszedł obiecująco 4 miejsce i niezły czas 35.26min zwiastował, że szybkość jest niezła. Choć co    z wytrzymałością na 4 razy dłuższym dystansie  maratońskim, hmmm? Tego miałem się dowiedzieć dopiero  w czasie maratonu.

Ostatnie 2 tygodnie przed maratonem miały być spokojnym szlifowaniem tempa maratońskiego a tu znów infekcja i rozpaczliwa walka z chorym gardłem, mocnym kaszlem i katarem oraz upływającym czasem. Pójście do lekarza nic nie dało więc w ruch poszło to co naturalne: czosnek (oj biedni byli koledzy z pracy), syrop z cebuli, miód itp. Kuracja okazała się na tyle skuteczna, że największe dolegliwości ustąpiły, choć duszący kaszel pozostał do samego końca. Niestety ten okres znów został zmarnowany treningowo, więc mój cel na maraton stawał się coraz bardziej niepewny. No ale jak już się zdecydowałem i zapisałem na start to głupio się było wycofać z tak prozaicznych przyczyn J.

Czas na Olren Warsaw Maraton 2014

Do Warszawy jadę dzień wcześniej co by się na spokojnie zakwaterować, odebrać pakiet startowy, zwiedzić wioskę biegacza oraz spokojnie odpocząć. Nocowałem u znajomych dość blisko centrum (wielkie dzięki za pomoc Dorota i Dominik J), więc nie było problemu z poruszaniem się do  i z wioski maratońskiej, która usytuowana była przy samym Stadionie Narodowym. Dojazd miałem z pod samego mieszkania pod Stadion tramwajem, który jechał  nieco ponad 20min.

SAM_5620

Więc na spokojnie po południu pojechałem odebrać pakiet startowy, który odbierało się w hali Expo,                   w której to można było  również zaopatrzyć się dodatkowo w niezły sprzęt biegowy oraz najlepsze odżywki. Na Expo pokręciłem się trochę co by rozeznać się w jakiś nowościach sprzętowych oraz nabyć porady u najbardziej znanego trenera maratońskiego J. Skarżyńskiego, który jak zazwyczaj na takich imprezach promował i sprzedawał swoje książki. Nadmienić należy, że już od dłuższego czasu zastanawiałem się nad nową taktyką biegu, którą właśnie promuje Skarżyński -„negative Split” czyli zaczynamy w wolniejszym tempie a potem przyspieszamy i wyprzedzamy wszystkich co nas dodatkowo ma napędzać (to tak w dużym uproszczeniu). J. Skarżyński przekonał mnie że warto spróbować mimo, że się tego nie trenowało więc postanowiłem objąć taką taktykę na maraton. Nawet wydrukowali mi specjalną opaskę na rękę ze spersonalizowanymi międzyczasami, co bym wiedział jaki czas  mam mieć na danym kilometrze. Po ustaleniu taktyki i zwiedzeniu Expo, poszedłem jeszcze się posilić na Biedronka Pasta Party, które znajdowało się na Stadionie Narodowym. Tam przypadkowo spotkałem kolegów z Siemianowic, którzy również przyjechali pobić swoje życiówki. Chwilę razem pogawędziliśmy, zjedliśmy makaron i opuściliśmy „Narodowy”. Potem tramwaj i do domu odpoczywać. Przed spaniem oczywiście jeszcze kolacja ze sporą porcją makaronu, 22 i do spania.

Dzień startu:

Pobudka koło 6 rano, mycie, poranna kawa, a na śniadanie tradycyjnie już bułki z miodem. Pakowanie się               i dokładne przygotowanie zestawu startowego: majtki, skarpety, spodenki, koszulka, numer startowy, czapeczka, buty, izotonik, żele energetyczne, folię nrc. 9.30 godzina wyjazdu. Koło 10 jestem już w wiosce biegacza. Spokojnie idę do przebieralni, zostawiam depozyt, biorę ze sobą do ręki Izo i folię nrc co by za bardzo się nie wychłodzić na starcie. Spokojnie zmierzam okrążając stadion w okolicę mojej strefy startowej ASICS  <3h. Lekki rozruch, i spokojna rozgrzewka. Po drodze zaliczam chyba ze cztery razy  toi toi-a i powoli zaczynam koncentrację do startu. Wokół tysiące biegaczy, mnóstwo kibiców, znani ludzie, kamery. Świetnie wszystko poukładane. Ponieważ równolegle               z maratonem odbywał się bieg na 10km, więc tłumy ludzi robiły naprawdę niesamowite wrażenie, a zarazem nie czuło się tego ścisku, dzięki świetnie przygotowanej strefie startowej. Minuta do startu, najpierw staje elita                           z kilkunastoma czarnoskórymi oraz z większością najlepszych polaków z Henrykiem Szostem na czele. A potem my czyli strefa Asics (<3h) i reszta biegaczy. Adrenalina aż buzuje w głowie.

Zaczęło się odliczanie: 5.4.3.2.1 i trrraaaach, tłum ruszył. Elita pognała, a za nią my ambitni amatorzy marzący o dobrym wyniku.  Bieg miałem zacząć wg planu dość spokojnie w tempie powyżej 4min/1km, no ale jak to ze mną bywa i z większością biegaczy start wspólny powoduje, że trudno oszacować początkowe tempo. Ruszamy w kierunku mostu Poniatowskiego, wspaniały start, kilkanaście tysięcy biegaczy dwóch biegów (maratonu i biegu na 10km) mijają się biegnąc w przeciwnych kierunkach. Widok ubranych głównie w białe koszulki biegaczy na dyszkę, klaszczących  i przybijających piątki nam maratończykom naprawdę dodaje skrzydeł. Pierwszy kilometr pozwolił dość mocno rozciągnąć stawkę i ustalić grupki biegnące na podobny czas. Patrzę na zegarek 3.46min pierwszy kilometr (sic) ojjj dużo za szybko. No ale cóż biegnę dalej bo tempo wydaje się komfortowe, wiem też że początek zawsze jest szybszy, więc myślę, sobie że tempo trochę zwolnię jak złapię rytm.

orlen--mor14_01_rkl_01-mor14_01_rkl_20160413_095000_1

 

A na trasie kilometry lecą a tempo wcale nie spada. 10km mijam w czasie 38.33min, czyli średnie tempo zamiast około 4min/km mam o około 10 sekund szybsze, czyli nici z mojego planu. Nie przejmuje się tym jednak za długo bo sił jak na razie mam bardzo dużo. Na trasie co chwila jestem w coraz to innej małej grupce biegaczy, aż               w końcu biegnę sam, w  niewielkich odległościach od innych. 15km pokonuję w 57.56min., co przy utrzymaniu tempa zwiastowało wynik w graniach 2.41h (szok). Nie podniecałem się jednak tym bardzo bo wiedziałem, że nie utrzymam tak fajnego tempa do mety pytanie było tylko, kiedy zacznę zwalniać i jak mocno? Nadmienię tylko, że kilometry tak do 26/27km uciekały bardzo szybko, dzięki fajnym strefom kibica oraz dzielnie przygrywającym zespołom muzycznym, które rozstawione były co 2km i dawały niezłego kopa każdemu kto przebiegał koło nich (naprawdę super sprawa). Połowa dystansu minęła bardzo szybko   a ja ciągle w dobrej formie (czas 1:21.21), tempo cały czas mocne w graniach 3.51min/km. Temperatura pomimo rannego chłodu, trochę wzrosła, pokazało się słoneczko, które jak się okazało na mecie trochę opaliło mi ramiona, więc zaczęło się biec troszkę trudniej.

30km minął więc zaczęły się schody. Pomimo, cały czas dobrego czasu i mocnego tempa zacząłem wyraźnie słabnąć. Kolejne 5 km średnio pokonywałem w tempie 4.12min/km, co dalej nie było złym tempem zważywszy, że cel to było złamanie granicy 2.50h. No ale to był dopiero 35km, a do mety pozostawało jeszcze  felerne 7km. Wiedziałem, że nie jestem w stanie przyspieszyć, więc koncentrowałem się tylko na tym jak pokonać kolejne metry i nie zwalniać za bardzo. Wszystko co działo się z boku nie miało dla mnie znaczenia – zabytki, dopingujący kibice, czy też przygrywająca kapela, wszystko to, na co wcześniej zwracałem uwagę teraz było gdzieś obok i zupełnie dla mnie nie istniało.  Od 35 do 40km tempo spadło mi średnio do 4.28min/km, co przy utrzymaniu takiego tempa do końca mogło spowodować, że granica 2h50min nie zostanie złamana. Na szczęście widok  Mostu Świętokrzyskiego (na którym znajdował się 40km trasy) a za nim Stadionu Narodowego, za którym była meta, wyzwoliły we mnie ostatnie resztki energii, która to pozwoliła mi znacznie przyspieszyć, wyprzedzając jeszcze kilku rywali po drodze. Ostatnie kilkaset metrów, to już sprinterski finisz przy mocno wiwatującym tłumie kibiców. Uniesione ręce w geście triumfu

orlen--mor14_01_mz_01-mor14_01_mz_20140413_121956_1orlen--mor14_01_lkl_01-mor14_01_lkl_20140413_122002

i spojrzenie na zegar. Tak jest hurrrra magiczna bariera 2h50min. została pokonana.

orlen--mor14_01_tlp_01-mor14_01_tlp_20140413_122007

Ostateczny wynik 2h49.11min, 81 miejsce w stawce prawie 6 tysięcy biegaczy – cel osiągnięty.

Po przekroczeniu mety adrenalina gwałtownie spadła, a siły nagle opuściły i poczułem się bardzo słabo. Odebrałem dumny jeszcze tylko medal i poczłapałem z pobladłą twarzą oraz resztkami sił do strefy depozytów                     i przebieralni, a potem na masaż gdzie powolutku dochodziłem do siebie.

W strefie mety pozostawałem jeszcze długi czas, czekając na znajomych biegaczy, którzy również bili swoje „życiówki”, co by im pogratulować i chwilę pogawędzić o biegu.

O tym, że ten maraton kosztował mnie bardzo wiele energii świadczyła wypowiedź mojej koleżanki Moniki, która przybiegła ponad godzinę po mnie i jak mnie zobaczyła stwierdziła, że w takim złym stanie to mnie jeszcze nie widziała J. Prawdę mówiąc, tak jak to opisała, tak też się czułem. Ale co tam jestem maratończykiem i to zwycięskim z fajnym czasem, więc jakoś się trzymałem. A doszedłem do siebie dopiero po paru godzinach od przekroczenia mety.

Reasumując: Mój jubileuszowy 5 maraton oceniam mega pozytywnie.

Ramki obrazów - 2014.04.17 18.24.04 - (SAM_5630)

Wszystko było jak trzeba zaczynając od organizacji, poprzez szybką trasę, kibiców, atmosferę na zawodach i kończąc na wyniku sportowym. Z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że Orlen Warsaw Maraton okazał się najfajniejszą imprezą biegowa na jakiej miałem okazję być. Mam nadzieję, że za rok znów się pojawię na Orlenie.

A teraz kilka suchych faktów od przygotowania do osiągnięcia celu:

– 3 miesiące przygotowań (nie licząc końca roku gdzie normalnie biegam dla utrzymania kondycji)

– 605 suma przebiegniętych kilometrów treningowych

– 3,6 średnia ilość treningów w tygodniu

– 0 minimalna ilość treningów w tygodniu

– 9 maksymalna ilość treningów w tygodniu

– 66 minimalna ilość przebiegniętych km w miesiącu (luty)

– 313 maksymalna ilość przebiegniętych kilometrów  w miesiącu (marzec)

– 55 Łączna suma treningów wykonanych w ciągu 15 tygodni

– 40 średnia ilość przebiegniętych kilometrów na tydzień

– 1 ilość treningów > 30km

– 5 ilość treningów >20 km

– 2 ilość odbytych chorób ciągnących się ponad tydzień czasu

– 38.33min czas na 10km podczas maratonu

– 1h21.21 czas w połowie dystansu

– 1h56.50min czas po przebiegnięciu 30km

– 2h49.11min czas przebiegnięcia maratonu

– 4min/km średnie tempo biegu na 1 kilometr

–  3.39min/km najszybszy kilometr na maratonie (na 6km)

– 4.30 min/km najwolniej przebiegnięty kilometr na maratonie (39 km)

– 81 miejsce w klasyfikacji generalnej

– 23 miejsce w kategorii wiekowej M30

– 5816 tylu biegaczy ukończyło Orlen maraton

– the end…

Scroll to top