Łemkowyna na dwa symultaniczne głosy

godzina 0.00 – start

Marek: Luźny początek – taki jest wspólnie ustalony  z Andrzejem plan, takie zdanie powtarzam sobie bardzo często. I szczerze – plan realizowaliśmy przez pierwsze 10km dość precyzyjnie, potem było gorzej. Przed startem powtarzałem tez sobie, że nie jestem chory, że czasami jak wychodzę na trening lekko chory to wracam zdrowy. Plan więc był taki że przez pierwsze  kilometry wypocę i wykaszlę całą chorobę. niestety potem było gorzej.

 

godzina około 1.30

Marek: Pośliznąłem się na błocie, wydawało się że to nic groźnego, choć czułem że walnąłem kolanem w kamień, wstałem i leciałem dalej. Andrzej też za bardzo się nie przejął, odliczył 0-1 i leciał dalej. Okazało się, że więcej go już nie widziałem. Zacząłem zwalniać na zbiegu aż stanąłem z bólem promieniującym do uda. Rozkulałem się jednak jakoś i leciałem dalej. potem jednak było gorzej.

Andrzej: To była gleba jakich na pierwszy kilometrach nie brakowało. Błotna ślizgawica nie oszczędzała nikogo, więc raz po raz ktoś lądował w mokrej brei. Ot – normalna sprawa. Marka gleba spektakularna nie była, więc pomyślałem, że po prostu otrzepie się z błota i poleci dalej, a sam potruchtałem dalej. Po kilkunastu minutach człapania, w trakcie których sam walczyłem by nie utracić przyczepności do gleby, odwróciłem się, by sprawdzić, czy Marek jest za mną. Nie było – ale to tak wczesny etap wyścigu, że jeszcze mnie dojdzie nie raz – pomyślałem i poleciałem dalej.

WP_20141025_012

godzina około 3.00

Marek: Jestem kilkanaście minut za pierwszym punktem kontrolnym. Niby jakoś leci bo Andrzej tylko 2 minuty przede mną, ale powoli zaczyna do mnie docierać, że nic z tego nie będzie. Na zbiegach kolano boli mocno, na podejściach zaczynam czuć, że chyba jednak choroba siedzi głębiej niż bym chciał. Przed podejściem na Rotundę rezygnuję. Kończy się ściganie. Zaczyna sie zabawa w support Andrzeja. Jak się później okazało, Andrzej zadbał aby nie było nudno.

Andrzej: Co kwadrans, który wyznacza mi obowiązkowy łyk z bukłaka odwracam się i przeczesuję słabym snopem światła z czołówki ściechę za mną, licząc, że Marek zaraz mnie dojdzie. Nie lecę mocno, za to sam wpadam w błoto raz po raz. O 4 dzwoni Marek – kulejąc idzie w stronę Magury. Dla niego koniec wyścigu. No to do dupy – myślę sobie, bo mieliśmy wspólnie nadawać solidne tempo podczas dalszych kryzysowych kilometrów. Wtedy tak myślałem.

 

6:30

Andrzej: Świt na grani Magurskiego Parku Narodowego. Bajeczny moment – w dolinach osadza się mgła, wyżej czysto a na drzewach śnieżnobiała kurtyna od delikatnego mrozu. Lekko się biegnie w takich okolicznościach, choć do cna przemoczone buty i rajtki tutaj – w temperaturze lekko poniżej zera – zaczynają boleśnie mrozić stopy. Recepta? – Przyspieszyć.

 

10:30 – Chyrowa

Andrzej: Cała magia ultra i długodystansowego ścigania – po fajnym momencie przyszedł pierwszy kryzys. Dalej będzie to szło w takim właśnie rytmie- góra i dół, góra i dół. Szlak przed Chyrową nie kończy się, błoto puszcza dramatycznie wolno, co moment nogi boleśnie uślizgują się, co mnie niemożebnie irytuję. Dystans nie ubywa. Wreszcie ktoś mówi, że Chyrowa już tylko krótkim zbiegiem na dół. Cisnę ten fragment na ostro, byleby mieć już za sobą ten kamień milowy – 80 km za mną. Jeszcze tylko 70. Marek na miejscu pomaga w szybkim serwisowaniu. Po 8 minutach znowu jestem w trasie.

10615378_713875625373370_5409143681206357889_n

Marek: Rewelacyjnie szybki przepak, zmiana skarpetek, dotankowanie picia, dopakowanie jedzenia i dalej w drogę. Andrzej nie jadł ciepłego posiłku bo oba dania zwierały gluten [a biedak go nie przyswaja]. Z jednej strony dobrze bo było szybko, ale z drugiej to mogło mieć wpływ na późniejszy kryzys.

 

12:00 – Cergowa

Andrzej: Zgon. Na Cergową podchodzę tempem wolniejszym niż przewiduje to oznakowanie dla turystów. Sapię, druzgocąco wolno przekładam kopyta. Irytuje mnie to tempo, zwłaszcza, że mija mnie radośnie kicający Ukrainiec – gość jest niezmordowany na podejściach. Mija mnie z lekkością, podczas gdy ja topornie podpieram się na udach i zaklinam, by nie patrzeć do góry. Nie kończy się ten szlak. Na szczycie rodzina z dziećmi. Najmłodsze, patrząc na mój błędny wzrok, pyta rodzica: Czym się ten Pan tak zmęczył? Rekord świata w kategorii najwolniejsze podejście na Cergową pobity.

Marek: My [Agnieszka, Kasia i ja] czekamy po drugiej stronie, na zejściu wybijającej się w okolicy góry. Chwilę przed Andrzejem przemyka raźnie Ukrainiec z nieodłącznym kijaszkiem. Przez chwilę myślę, że fajnie bo jest kogo gonić, ale jak pojawia się Andrzej to wiem że jest ciężko. Towarzyszymy chwilę Andrzejowi, kręcimy krótki filmik i zostawiamy go samego z własnymi myślami i asfaltem pod stopami.

WP_20141025_009

16:00 – Rymanów Zdrój

Andrzej: Przebieg (choć akuratniejsze byłoby stwierdzenie – przeturlanie) przez zdrojowy duet miast – Iwonicz i Rymanów – dostarcza ciekawych przeżyć. Kuracjusze i kuracjuszki nie dowierzają – z Krynicy pan leci? Nie, to niemożliwe, Proszę Pana. Ja wiem gdzie jest Krynica i to jest niemożliwe – odpowiada przemiły starszy Pan, z gracją maszerując po deptaku w Rymanowie. Ja też nie dowierzam. Tempo mi spada – idzie druga noc tej masakry, ale cieszę się, że przekroczyłem kolejny kamień milowy – 100 kilometrów.

Marek: My też liczymy kilometry i w Iwoniczu optymistycznie zaokrąglamy, że Andrzejowi zostało już tylko 40. Ten odcinek pokazał jak ważne jest  zachowanie sił na dalszą część biegu. Ukrainiec za Cergową był przed Andrzejem dosłownie kilka metrów, a po kilku kilometrach asfaltu miał już kilkanaście minut przewagi. Dalej zostawiliśmy Andrzeja samego i przemieściliśmy się do Puław [124km trasy]. Tam sami się trochę przespaliśmy w stacji narciarskiej – to był ostatni punkt kontrolny z ciepłym posiłkiem. Na Andrzeja czekała zupa dyniowa.

WP_20141025_014 (3)

18:30 – Wiślica

Andrzej: Jeszcze w Rymanowie skompletowaliśmy zacne trio. Doszli mnie Konrad Ciuraszkiewicz i Mateusz Talanda. Wspólnie nadajemy tempo, analizujemy czas i dystans do mety, sprawnie nawigujemy, coś tam gaworzymy o błotnej naturze tego biegu. Wychodzimy na koszmarnie długi asfaltowy przebieg przed punktem w Puławach. Ciemno i zimno. Choć temperatura utrzymuje się stała błoto i wilgoć robią swoje – ciężko się rozgrzać. Jest dobrze – tak sobie myślę wbijając do upragnionego ciepłego pomieszczenia w Puławach. Kilka minut później z bladą twarzą zwracam ledwie wypitą zupę dyniową. Nie jest dobrze – walę się nietomny w kimę. Tracę półtorej godziny i szansę na miejsce w top 10.

Marek: Jak patrzyłem na Andrzeja to myślałem sobie, że nie wygląda tak źle. Nie chciałem jednak za bardzo dopingować go do szybkiego wyjścia bo wiedziałem, że ostatnie dwadzieścia kilka kilometrów nie miną od tak. Kasia za to widziała ledwo żywego swojego chłopaka, martwiła się bardzo. Potem Andrzej zwymiotował i można powiedzieć załatwił sobie pozwolenie na drzemkę. Po godzinie wstał, zebrał się i poleciał do mety. To jest wola walki. Kasia pobiegła z nim, bo samego nie chciała go puścić. Fajną ma Andrzej dziewczynę.

WP_20141025_002

 

02:30 – Komańcza

Andrzej: Szwędanie się mizernym tempem – tak można by określić ostatnich kilka godzin. Na tym etapie biegnę z Kasią, która towarzyszy mi w tych paskudnych godzinach. Jest zimno, mam dość, błoto irytujące jakby bardziej niż zwykle, toczy się to za długo. Skurcze w udach nie przechodzą, więc co jakiś czas rozciągam je o drzewa. Czuję ból w powykręcanych przez błoto stopach i chcę już to skończyć. Kończę o 2 w nocy, w uśpionej i zamglonej Komańczy. Kilka chwil przy ognisku i kończymy tę przygodę – razem z moim genialnym supportem, bez którego pewnie rzuciłbym ręcznikiem gdzieś po Cergowej.

Marek: Po tym jak ja zrezygnowałem w początkowej fazie biegu, po tym jak Kasia zeszła z krótkiej trasy i kiedy z naszego teamu biegł już tylko Andrzej, wymyśliłem hasełko którym zagrzewaliśmy go do walki, takie średnie, ale pochwalę się: „Endrju, ostatnia nadzieja białych”. Endrju dobiegł, ukończył 150km bieg ultra. Łatwo nie było. Gratulacje.

Scroll to top