Pięćdziesiąt kilometrów. Brzmi groźnie i było groźnie. I choć to niespełna 5 godzin potężnej walki, to przeróżnych przygód, wspominek, anegdot, chwil słabości, walki, kryzysów, rywalizacji nagromadziło się tyle, co by nie jeden konkretny rajd obdzielić. Wszystkich nie przytoczę. Bo i po co? Dlatego – jak przyzwyczaiły poprzednie relacje – tak i tym razem urywkowo, acz chronologicznie i wcale niekrótko.
Udział w Biegu Piastów, żywej legendzie masowych imprez sportowych w Polsce, marzył mi się od dawna. W trakcie trzech dni pierwszego marcowego weekendu do Jakuszyc zjeżdża się ponad 5000 biegaczy z całego świata. Wystartować można w 6 różnych biegach. Koronny dystans to oczywiście 50km techniką klasyczną w sobotę, lub techniką dowolną w niedzielę. Do tego dochodzi 26 km CT i FT, oraz szybkie 10 km w piątek.
Zrazu oponowałem, gdy mój Tata – wieloletni pasjonat narciarstwa biegowego – zaproponował wyjazd na tą imprezę. No bo jak, kiedy biegać się po prostu nie umie? Na nic racjonalne wytłumaczenia – czas zmierzyć się z legendą. W sobotni poranek meldujemy się w Jakuszycach. Ja startuję na 50km CT, a mój tata – na 26 km CT.
Zaczynam – a jakże by inaczej – kompletnie irracjonalnie! W sekundy po starcie już przepycham się między torami do przodu, będąc taranowanym, ale – co jasne – taranując nie mniej zaciekle. Kijki co rusz haczą mijanych biegaczy, narty uślizgując się, przytykają narty innych, barki, ręce i ciała całe pracują mocno, by wyrwać dla siebie trochę przestrzeni, przesunąć się do przodu, tak by w zbliżającym się „wąskim gardle” być gdzieś w przodzie. Udaję się? Wolne żarty! Gdy mijam tabliczkę 1km narta wyrywa mi się z toru, tracę równowagę i łokciami ryję o śnieg. A w ślad za mną kilkoro innych biegaczy, których swym nieporadnym upadkiem zmuszam do zasmakowania konsystencji śniegowej bieli. Mija mnie, bez mała, jakaś setka narciarzy. Dalej lepiej nie będzie! No ale jadę do przodu, i choć pulsometr wskazuje, że za moment padnę na zawał, to nie zamierzam tempa zmniejszać! Ha!
W tym momencie kilka słów wyjaśniającego wtrętu: nie jestem narciarzem biegowym. Mijającej zimy nie udało mi się nawet 100km wybiegać z nartami na nogach. Technika biegu? Nie da się ukryć, że przez pierwsze 10 – 15 km dopiero się jej uczyłem. Siła? Tyle co basen, siłownie, ale rękami nie dojadę do mety. Brakuje mi więc wszystkiego, co niezbędne jest by na takich imprezach radzić sobie „nieco lepiej”. Z relacji wynika, że walczę. Bo walczyłem, ale to walka z własną ułomnością. Proszę więc brać poprawkę na wszystkie ekstrawaganckie nuty w postaci „mijanych zawodników”. Przez cały dystans lawirowałem gdzieś między 1050 a 1200 miejscem.
Na zjazdach dramat. Przerażenie z jakim spoglądałem na każdy zbliżający się zakręt, gdy nieporadny „pług” próbował mnie wyhamować, daję się odmalować chyba tylko w stylistyce japońskich horrorów. Radość zaś – gdym żyw i na stojąco, wychodził zwycięsko ze zjazdu – prawdziwie ekstatyczna! W ogóle przez całe 50 km dało się zauważyć pewną stałą i do bólu przewidywalną prawidłowość. Gdy dochodziło do podbiegu, a tych – całkiem srogich – na trasie nie brakowało, tedy radziłem sobie świetnie. Delikatnym truchtem narty ciągnęły mnie do góry mijając liczonych w dziesiątki zawodników. W dół zaś, moje miejsce spadało na równi z wysokością. Dziki strach paraliżował mnie tak dosadnie, że w gruncie rzeczy co podjazd mijałem tych samych zawodników, zaś co zjazd – to oni mijali mnie.
Od tej żelaznej prawidłowości nie raz zdarzały się ustępstwa. Na ten przykład 30 kilometr. Przejeżdżamy w okolicach Polany Jakuszyckiej i kierujemy się w stronę Szklarskiej Poręby. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że do mety już bliżej niż dalej – zatyka mnie do spodu. Niby lekko po płaskim, niby jest pięknie, ale narta nie idzie, krok radykalnie się skróca, łapy w skurczach. Zwał na amen – myślę sobie. Odliczam kroki do zakrętu – najprostsza taktyka na przetrwanie. I modlę się o bufet. Strużki potu zalewają mi oczy, mimo iż wcale nie zapodaję wybitnego tempa. Psychika w konwulsjach, bo olbrzymia ilość narciarzy mija mnie z lekkością w ruchach, płynąc po torach bez cienia wysiłku. Ćwiczę więc zaciskanie zębów, choć do rezygnacji bliziutko! Gdy wbiegamy w las, nabierając przy tym wysokości, sytuacja normalizuję się. Organizm zapodał rezerwy i możemy walczyć!
Ten sygnał, że „niby wszystko jest ok”, wystarcza, by zasiać kolejną irracjonalną myśl: „do mety jakieś 16 kilometrów, czas zacząć finiszować”. Jak powiedział, tak zrobił. No i przyspieszyłem. Potężny podbieg pod Skalną Bramę łyknąłem w zadziwiający sposób. Cały czas równym, szybkim krokiem, mijając kilkudziesięciu zawodników. Nie ogarniam co się dzieję, organizm zapodaję z lekkością i spokojem. Nawet tętno nie wariuje już w okolicach maksymalnych wartości. Nie da się ukryć – przyjemnie jest. Gdy mijam 45 kilometr, zapodaję już do maksa i regularnie cisnę potężnym tempem!
Zaś końcówka, czego można się było spodziewać, to lekki zjazd. Dla mnie lekki to tyle co „mniej groźny”, ale nadal jadę usztywniony i z gotowym scenariuszem do ewakuacyjnej gleby. Tej, a jakże, nie brakuje. W sumie naliczyłem w trakcie tego wyścigu 16 upadków. Tą informację pozostawię bez komentarza.
Lada moment meta. Gigantyczna ekscytacja już na ostatnim kilometrze. Cisnę okrutnie, sadząc długie susły, szaleńczo się odpychając, brawurowo pokonuję ostatni zakręt, wpadam przeeszczęśliwy na metę i… tuż za nią potykam się o własny kijek! Kuriozalna gleba, ale mnie do śmiechu daleko. W żołądku wierci mnie coś okrutnie, robi mi się niedobrze, mam problemy ze wstaniem, gdy w końcu wyrzyguję się na raty. Jak przez mgłę, czuję, że nie jest dobrze, pochylam się mocniej, oddech płytki, robi mi się strasznie zimno. Trzeba wstać. Podnoszę głowę, wstaję na kolano i helikoptery startują! Przyspieszający wir gwiazdek, mroczków, cała plejada błysków……… leżę. Pocisk z glukozy od przemiłej obsługi ratowników stawia mnie po kilku minutach na nogi. Ale medal za ukończenie już na szyi, więc nawet ten „drobny” incydent nie jest w stanie wytrącić mnie z gigantycznej ekscytacji!
Swoje przeżyłem i wycierpiałem – nie da się ukryć. Równie potężne baty otrzymał również Waldek, mój tata. Na 26 kilometrowym dystansie wyłoił się do denka, ale dotarł do mety w limicie! Gratulacje!
Podsumowując – dystans 50 kilometrów przejechałem w 4h50m23s, co pozwoliło na zajęcie 1137 miejsca w gronie 1800 biegaczy; Tętno średnie = 176; Tętno max = 201; Spaliłem 5563 kcal; Przewyższenie sięgnęło ok 1135m.
Za rok powtórka – obowiązkowo.
No no Czarny szacuneczek, za fajną relację a przedew wszystkim za ukończenie królewskiego wyścigu. Też bym tak chciał, ale najpierw to bym musiał zakupic biegóweczki. Na razie sie nie udało. Aha co do naszego teamu. Pytanie do wszystkich ktoz was ma jakieś plany startowe do wakacji. Bo ja bym chętnie w jakimś rajdzie majowym czy czerwcowym wziął udział. Jakby co to walcie do mnie.
Pozdrawiam ekipe i autora.
Wielkie graty !
Nie ukrywam że zmotywowałeś mnie co by w przyszłym roku wystartować razem z tobą, może uda mi się dotrzymać ci tępa i nadrabiać na zjazdach 🙂 Co do startów to ja trenuje w górach wysokich do końca maja a potem mam plan żeby utrzymać formę przez sezon !