Trasa godna mistrzostw – relacja z Endurance Quest Saimaa 2025 – Mistrzostw Europy w Adventure Racing

Lasy środkowej Finlandii, mokradła, szybkie szutry, pierwszorzędnej jakości mapy i dużo, dużo wody – wyścig Endurance Quest w pobliżu największego fińskiego jeziora Saimaa dostarczył świetnej przygody w przepięknych okolicznościach. To tyle z walorów przyrodniczych – sportowo wracamy natomiast z pewnym niedosytem.

Zeszłoroczne Mistrzostwa Europy w Adventure Racing – Raid Lowlands 2024 – rozgrywane na pograniczu holendersko – belgijskim rozochociły nas w masowych, dużych imprezach rajdowych. Wtedy na linii startu ustawiła się prawie setka czwórkowych ekip. Po niespełna 30 godzin napierania Marek Woźniczka, Marzka Janerka, Konrad Ciuraszkiewicz i Stasiu Odróbka skończyli rywalizację na 12 miejscu. To był wrzesień 2024. Równo rok później stawiamy się w Savonlinna w środkowej Finlandii by ruszyć na trasę kolejnej mistrzowskiej imprezy – Endurance Quest. Tym razem ekipa to Stasiu, Marzka, Piotrek Leja i ja.

Przed nami impreza w wymiarze niemal sprinterskim – ok. 235 km dystansu, ok 30h napierania, dużo etapów, dużo stref zmian, dużo zabawy w wodzie. Zresztą zerknijcie sami na schemat trasy:

Zanim jednak wbiegniemy do wody na pierwszy etap swimrun, organizator stawia w samym Savonlinna sprinterski bieg na orientację, który ma zadecydować o kolejności wchodzenia do wody następnego dnia. Prolog jest błyskawiczny, szybki, dość prosty nawigacyjnie i … słoneczny. Ba! Nawet gorący. Lecimy na krótko i cieszymy się rewelacyjną aurą – następnego dnia bowiem od samiuśkiego rana niebo przysłoni się szarym parasolem i mniej lub bardziej padać będzie całe zawody. Ot, typowa skandynawska aura.

Następnego dnia ustawiamy się na starcie w piankach i z materacykami pod ręką – czeka nas ok. 2 km swimrunu. Niby prosta rzecz, ale pechowo po starcie przebija się materacyk Piotrka. Spowalnia nas to, ale finalnie to tylko kilkanaście minut zabawy. Wybiegamy, przebieramy pianki, buty na nogi i w drogę.

Jak tam Wasze umiejętności nawigacyjne? – pyta nas jeden z Finów z zespołu, z którym przemierzamy fragment dzikiego lasu na 23 kilometrowym etapie trekkingowym. I dopowiada: „Bo teraz wyobraźcie sobie, że to samo czeka Was w nocy”. To samo, czyli czujna, trudna, wymagająca skupienia i doskonałego rozpoznania terenu nawigacja. Pytanie o nasze skille pada w momencie, gdy obiegamy duży głaz, który stoi obok dziesiątek innych podobnych głazów, w gęstwinie i na mocnym nachyleniu. Tu akurat błyskawicznie lokalizujemy lampion i odbiegamy Finom. Coś tam umiemy.

Atrakcją Endurance Quest i w ogóle imprez w Skandynawii jest doskonała jakość map – no cóż, bieganie z mapą to tutaj sport narodowy – do tego stopnia, że lokalna telewizja publiczna transmituje w prime time zawody pucharu świata na orientacji, które akurat poprzedniego tygodnia odbywały się w Belgii. Orientacji towarzyszy – przekładając na nasze warunki – prestiż godny turnieju czterech skoczni. Nic więc dziwnego, że Finowie zmapowali cały swój kraj – podejrzyjcie sobie dowolny fragment. To robi wrażenie.

Tymczasem pierwszy trekking jest przeglądem terenowych atrakcji rejonu – od szerokich, przyjemnych szutrów między lasami aż po czesanie skał. Od zapadających się butów w mokradłach po wąskie ścieżynki – a dookoła mnóstwo, mnóstwo jezior. Nawigacja idzie sprawnie. Przesuwamy się w stawce i po niespełna 4 godzinach dobiegamy do etapu 3, w którym rozdzielamy się.

Ja z Marzką lecimy biegiem po punkt, natomiast Piotrek ze Stasiem wskakują do canoe i płyną kilka kilometrów. Po niespełna godzinie zamieniamy się – chłopaki lecą po punkt a my ładujemy się do wody. Dosłownie ładujemy się do wody. Pierwszy fragment to podchodzenie w kierunku przeciwnym do nurtu w niewielkiej rzeczułce pełnej kamulcy. Ze trzy razy potykam się i wbijam do wody po szyję. Nic to, i tak już cali jesteśmy mokrzy. Ostatnie kilometry są już bardziej płynne – siecią jeziorek, małych rzeczułek dopływamy do przepaku.

Przepak idzie zwinnie i szybko wskakujemy na rowery. Mżawka, która towarzyszyła nam przez połowę dnia, przeradza się sporadycznie w mocniejszą zlewę. Ta zaś rozpuszcza szutry w błotne kałuże, więc problemem tego etapu jest po prostu konieczność stałego przecierania kokpitu i twarzy z błota. Nawigacja dość prosta – po prostu szutry, szutry, szutry.

Gdzieś w tym momencie – w okolicach 8-10 godziny napierania, Stasiu coraz mocniej sygnalizuje, że nasze plany czasowe niebezpiecznie zahaczają o limity organizatora. Na etap 5 – krótką przebieżkę między dwoma dużymi etapami rowerowymi – wjeżdżamy już w zasadzie „na styk”. Cholera – myślę sobie – ostry ten limit, bo napieramy naprawdę żwawo, ciśniemy ile fabryka dała.

Sześć kilometrów przebieżki traktujemy jako okazję do rozgrzania się i dopalenia kaloriami. Mija godzinka i wracamy na rower. Wybija 19. Za max dwie godzinki będzie już ciemno. Limit wisi nam cały czas nad głowami – nie chodzi generalnie o cały limit na zawody – tu jesteśmy bezpieczeni. Chodzi o cut-off, który wyznaczono na końcu tego etapu. Jeżeli do 1:45 w nocy nie skończymy 84 km roweru, to na kolejnym etapie – 27 km biegu na orientację – będziemy zmuszeni odpuścić część trasy. No kurde, spokojnie zdążymy – myślę sobie, gdy rozpoczynamy rower. Wracamy do powtarzalnego rytmu – szerokie szutry, asfalty, szutry, asfalty. Gdzieś na długim przelocie przez drogę daleko z przodu z gracją przebiega łoś. Duży łoś. Po chwili zapada noc.

Dystans umyka dość żwawo do momentu, gdy nie wjeżdżamy w okolice Savonlinny – tu bowiem organizator wstawił „bonus” – kilka kilometrów dodatkowej jazdy na orientację ze specjalną mapą. Niby drobiazg, detal, krótki dystans, ale wkrada się sporo zniecierpliwienia – nie rozmawiamy już w zasadzie o niczym, tylko ile czasu zostało, czy zdążymy. Orientacja też nie jest prosta – las spowija mgła, pada deszcz, robi się niesympatycznie zimno, a teren gładko nie puszcza. Sporo górek, singlowych ścieżek i takiej bardzo czujnej – w efekcie powolnej – jazdy. Żeby nas lekko dobić, przed orientacją Stasiu wyłapuje panę w tylnim kole, a pierwsza dętka nie siada, więc znowu ucieka gdzieś kwadrans.

Na sam samiuśki koniec tego etapu – dostajemy jeszcze w mordę trzema punktami kontrolnymi usianymi w pełnym singlowych ścieżek lesie, gdzie nasze tempo spada do mozolnego marszu. Usłane korzeniami, głazami, kamulcami ścieżki pewnie byłyby przejezdne za dnia, ale nocą tłuczemy się, przewracamy i ślizgamy. I przeklinamy w ten nocny, fiński las naprawdę gęsto. Na dwa punkty przed przepakiem już to wiemy na pewno – cut-off nam odjechał. Nie zdążymy, czeka nas skrócenie trasy. Na ponad 50 ekip na trasie tylko 6 zdołało wyrobić się przed cut-offem.

Dojeżdżamy o 3 nad ranem na przepak. Wymoczeni, wyziębieni, poobijani i … nieco zrezygnowani. Na tyle, że trochę nie wiadomo jak, ale zanim wyjdziemy z tego przepaku minie… prawie godzina! Katastrofa. Przebieramy się, jemy, napełniamy bukłaki i gdzieś w trakcie umyka nam tak dużo czasu. W końcu wybiegamy by zebrać na skróconej trasie kilka punktów – czasami trudnych, czujnych, nieoczywistych. I taka nawigacja sprawia nam masę radochy, bo – jak już wspominałem – mamy w rękach doskonałe mapy, więc trzeba czytać mapę, gapić się w nią nonstop, odnajdywać każdy element.

Nie da się jednak ukryć, że nawet gdy około 6:30 wstaje dzień – znowu pochmurny, deszczowy, zimny – to nie wlewa on w nas dużo nadziei. Poruszamy się już nieco wolniej. Gdzieś mentalnie nam te zawody odjechały.

Około 8 rano wsiadamy na kajaki – przedostatni etap. Mija 24 godzina imprezy a my wypływamy na wielkie wody jeziora Saimaa. No właśnie, Saimaa – to największe jeziorze pojezierza fińskiego i całej Finlandii. Gigantyczny zbiornik wodny, który jest defacto systemem wielu połączonych jezior. Na przepaku znowu przez palce przelatuje nam czas – przebieramy się w pianki, chodzimy bez ładu i celu. Wypływamy i płynie się rewelacyjnie – wiatr nie jest duży a kajaki świetne. Podpatrujemy jak niektóre fińskie ekipy rewelacyjnie pływają – sami zrobiliśmy duży progres w tym temacie przez ostatnie miesiące, ale dla obywateli krainy 188 000 jezior wiosło – obok nart – to chyba element z którym się po prostu rodzą.

Na sam koniec bierzemy materacyki w dłoń i wybiegamy na swimrun dookoła miasta. Zaraz po przepaku organizator wystawił zadanie specjalne – na dużej ściance jest zjazd (to robią dwie osoby) i podejście (to robią też dwie osoby). Dobiegamy i … stajemy w kolejce. I w tejże kolejce stać będziemy równo godzinę zanim dostaniemy swoją szansę. Frustrujemy się już potwornie, bo stoimy tam z pełnym przekonaniem, że do zaliczenia trasy niezbędne jest wykonanie ZS’a. Otóż nie było, czego nie doczytaliśmy w regulaminie. Część ekip – mądrzejszych od nas – widząc kolejkę po prostu odpuszcza i biegnie zaliczyć punkty na swimrunie. My zaś stoimy i patrzymy jak ekipy przed nami męczą się z podejściem. Na sznurkach rozgrzewamy się i wreszcie biegniemy w stronę centrum. Do limitu blisko, więc wybieramy tylko kilka punktów – gdyby nie zmitrężona godzina na zadaniu zrobilibyśmy ich znacznie, znacznie więcej.

W okolicach 14 wbiegamy na linię mety po niespełna 30 godzinach napierania. Jest tak samo szaro, buro i deszczowo jak na starcie. Zbijamy piątkę. Idziemy coś zjeść, w zgodzie z tradycją miejsca trafiamy też do sauny i … lekko przysypiamy na podsumowaniu zawodów.

W kolejnych dniach obserwujemy zamieszanie z leaderboardem, który przechodzi 3 lub 4 iteracje zanim oficjalne wyniki zostaną opublikowane – finalnie lądujemy na 20 miejscu. Jak na ambicję walki o top 10 – kiepsko. Niemniej same zawody, ich poziom, teren, mapy, specyfika trasy, mnogość etapów – super sprawa. Gdyby nie ta końcówka z ZSem pewnie patrzylibyśmy na okolice 12-14 miejsca.

Przed i po zawodach rozmawiamy z Laurim – projektantem trasy i jednym z organizatorów. Nie pozostawia złudzeń – „To miała być trudna trasa, do zrobienia w całości tylko przez najlepszych. Trasa godna mistrzostw Europy”. Potakuję, bo cóż mogę powiedzieć. Wracamy z Finlandii ze wspomnieniami fajnej przygody, doświadczeniem nawigacji na skandynawskim poziomie i kilkoma solidnymi lekcjami napierania na tym poziomie.

Strona zawodów Endurance Quest

Tracking GPS

Wyniki

Dodaj komentarz

Scroll to top