Część ekipy Nonstop Adventure podejmowała się swego czasu przebycia całego Głównego Szlaku Beskidzkiego w trakcie jednej, długiej wycieczki. Dobrych kilka lat temu wraz z kumplem czerwonym szlakiem podążał Rudy. Później, w ramach poślubnego wojażu, Marek z Agą przełoili całość w 18 dni. Najciekawszy fragment zdaniem uczestników obu przedsięwzięć? Beskid Niski. Dlatego, kiedy usłyszeliśmy o Łemkowyna Ultra Trail, imprezie, która za jednym zamachem trawersuje całe pasmo, nie wahaliśmy się zgłosić ani przez moment.
Beskid Niski to – przepraszam za komunał – ostatnie dzikie pasmo gór w kraju. Poza nielicznymi ostępami Bieszczadów, trudno o takie miejsce w południowym pasie Karpatów i Sudetów w granicach Polski. Ale to nie wszystko – magia Beskidu Niskiego jest wielowarstwowa. Niełatwa, wielowątkowa historia przesiedleń, wojennych zawieruch, przenikania się społeczności katolickiej, prawosławnej i żydowskiej, pozostawiła po sobie unikatową symbolikę, jak na przykład drewniane drzwi w futrynie, będące pozostałością po przesiedlonych wsiach.
Lubimy wracać do Beskidu Niskiego bo mnóstwo tu perełek, miejsc, dolinek, klimatycznych chatek i schronisk. Tym razem, pod koniec października, późną już jesienią, będziemy przemierzać Beskid Niski w nieco inny sposób.
150 kilometrów to najdłuższy dystans Łemkowyna Ultra Trail. Od Krynicy do Komańczy, cały czas czerwonym szlakiem. Limit czasu – 35 godzin. Potężne wyzwanie – nigdy bowiem nikt z nas nie biegał na dystansach dłuższych niż 100 kilometrów. Z drugiej strony nie raz już umęczaliśmy znacznie więcej godzin na rajdach przygodowych. Ale dreptanie z nogi na nogę przez 30 godzin, to coś, co jeszcze teraz, nie mieści nam się w głowie.