Ciężko napisać tą relację, bo było przy tych zawodach dużo emocji.
Działo się też tyle, że można by obdzielić ze trzy imprezy.
Rajd Beskidy Short 220km nazwałem Rajd Jura, bo chyba trochę lepiej pasuje.
Kombinowałem czy może rozpocząć od rzeczy najważniejszych, a może klasycznie „po kolei”, a może jeszcze inaczej. Stanęło na tym, że jedną rzecz muszę wspomnieć zanim rozpocznę chronologiczny opis wycieczki.
Zła skala map – wszystkie duże mapy turystyczne miały opis 1:25000, a rzeczywistości to były „30tki”. Mapy BNO [nie sprawdzałem czy wszystkie] też miały złą skalę.
To był właściwie jedyny poważny błąd organizatora, ale jak łatwo się domyślić, konsekwencje miał spore. Dodać muszę, że z samego faktu, że taki babol się przydarzył, ja osobiście jakoś bardzo się nie denerwuję. Co do zasady więcej pretensji mam zawsze o jakieś świadome błędne zachowania, niż o przypadkową, nawet tak poważną wtopę. I o tym będzie jeszcze króciutko na samym końcu.
Teraz tak – żeby łatwiej zrozumieć relację wystarczy zakodować, że przez cały czas zawodów mapa sugerowała, że coś jest bliżej niż było w rzeczywistości. Dla przykładu odmierzone 4cm do zakrętu kazały nam na liczniku rowerowym pilnować dystansu 1000 metrów. A tak naprawdę to było 1200m.
Był jeszcze jeden wyjątek, gdzie było odwrotnie. Na sekcji gdzie przy pomocy azymutu i podanej odległości musieliśmy sami wyznaczyć 3 punkty. Całość była dość mocno skomplikowana, ale ważne jest tylko to że tam wszystkim zespołom wyznaczone punkty wyszły za daleko.
Do tego miejsca jeszcze w relacji dojdziemy, a teraz od początku.

Przedstartówka.
Zespołowo OK. Mieliśmy rozpisaną i przegadaną trasę, przepaki, dokładnie zaplanowane jedzenie. Nastawienie było super.
Osobiście chciałbym lepiej – w temacie treningu, ilości snu i tak ogólnie, to nie był najlepszy moment na zawody.

Start i E1 – bieg 12km
Tłumek przed godziną 8 zbiera się w strefie startowej. 20 czwórkowych zespołów to już jest fajny widok. Załapujemy się na grupowe zdjęcie, co jest dość istotne, bo przez następnych kilkanaście godzin ekipa foto nie zdoła nas dogonić i następne zdjęcie „dostaniemy” na mecie.
Odliczamy 3,2,1 i lecimy na etap 1 – biegowe 12km na mapie BNO po pięknych skalnych pagórkach w okolicy Morska.
Szybko, sprawnie, bez większych problemów nawigacyjnych kończymy ten etap pierwsi i ruszamy na rowery. Onnevalem i RaidAR są za nami 8 minut [dla lepszego obrazowania rywalizacji będę porównywał nas do tych pozostałych zespołów z pudła]
E2 – rowery 35km
Całonocny opad deszczu sprawił miłą niespodziankę. Piachy stały się ubite i „szybkie”. Łapiemy dwa punkty i pierwsza atrakcja – sekcja na mapie lidar. Robimy takie rzeczy na treningach, więc poszło sprawnie. Tu zobaczyliśmy, że chwilę za nami są Estończycy z zespołu ONNEVALEM.
Po Lidarze – Estończycy – 9 minut straty, RaidAR – 44 minuty straty.

Dalej jest PK18 – z gpsa wynika, że to my najechaliśmy go poprawnie, a stał trochę z boku. Doganiają nas Estończycy. Dalej chwilę jedziemy razem, ale już po chwili każdy robi swoje warianty.

Estończycy.
Tu przyda się akapit o Estończykach, bo kto ich trochę zna, mógłby pomyśleć, że warto by uczepić się ich ogona.
W rankingu światowym są na 25 miejscu, a w europejskim na 8 miejscu, a do nas przyjechali w jeszcze mocniejszym składzie, bo do Sandera Mirme i Aina Fjodorov-a dołączył Rain Eensaar i Reeda Tuula-Fjodorov, czyli mocarze z zespołu ACE La Sportiva, obecnie drudzy w rankingu światowym.
Reeda ma na koncie m.in. 2 miejsce w Mistrzostwach Świata ARWS, zwycięstwa w zawodach ARWS, 2 miejsce w Mistrzostwach Europy ARWS.
Rain Eensaar jest legendą. Fakt że przez prawie dobę prowadziliśmy z nim nawigacyjne potyczki jak równy z równym, jest chyba dla mnie największym bonusem tych zawodów.
Rain m.in. ma na koncie 3 tytuły Mistrza Świata w Rogainingu, brąz i 2 srebra w Mistrzostwach Świata ARWS i medale we wszystkich kolorach z Mistrzostw Europy ARWS.


No więc przed PK 20 robimy wariant 30 sekund szybciej i bardzo się z tego cieszymy. Chwilę później kolejna minuta do przodu. Dalej czujnie i właściwie wspólnie dojeżdżamy do pierwszej strefy zmian.

E3 – bieg 16km
Przepak robimy w 6 minut [3 minuty szybciej od Estończyków], nie oglądamy się na legendy i uciekamy w krzaki. Trzy minuty przewagi to żadna przewaga kiedy goni Cię mistrz świata rogainingu. Nie mamy sobie nic do zarzucenia na tym etapie, ale Estończycy tną krzaki niesamowicie.
W połowie etapu dalej jednak jesteśmy razem i rozpoczyna się kolejna „atrakcja” czyli sekcja gdzie trzeba wyjść z mapy BNO i na turystycznej znaleźć 3 punkty, które przed startem należało samodzielnie nanieść na tą mapę przy pomocy podanych kątów i odległości od punktów z mapy BNO.
Skomplikowane? – trochę tak, a dodajcie teraz do tego fakt, że mapy miały błędną skalę.
Zrobił się niezły bajzel, większość zespołów sobie tam nie poradziła i organizator po zawodach w wyniku protestu skasował te punkty i odpowiednio odjął czasy. My się z tą decyzją nie zgadzamy, ale do tego odniosę się na końcu relacji.


Teraz opiszę jak my sobie poradziliśmy, i że nie był to żaden szczęśliwy traf, tylko spokojna nawigacyjna robota połączona z logicznym myśleniem i łapaniem się tego co wiemy i od czego możemy się odnieść.
Przed startem wszyscy wiedzieli, że coś w tym miejscu nie gra. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział o złej skali map, ale przy wykreślaniu tych punktów wszystkim wychodziły różne wyniki. Były konsultacje z organizatorem i nawet zespoły między sobą próbowały rozkminić, kto to zadanie z geometrii zrobił najlepiej. Kiedy więc przeszliśmy z mapy BNO na dużą turystyczną to wiedzieliśmy, że trzeba to zrobić na spokojnie i „na węch”. Estończycy chyba jeszcze mniej wierzyli w to co sobie wykreślili i postanowili spokojnie potruchtać za naszymi plecami.
Na pierwszy ogień poszedł PK 39. Dobiegliśmy do wyraźnego zakrętu drogi i uderzyliśmy na pierwsze skały. Punkt mieliśmy zaznaczony trochę dalej, ale postanowiliśmy najpierw dla pewności przejść to co było bliżej. Trafiony – zatopiony i pierwsza ważna podpowiedź – ten punkt był bliżej niż nasze wyznaczenie.
PK 40 to była kolejna duża podpowiedź, bo to było źródełko, nazwane i ze zdjęciem tablicy informacyjnej. Nasze wykreślenie wychodziło dalej, więc po raz kolejny upewniliśmy się, że ostatniego punktu 41 też trzeba szukać bliżej, niż obliczenia nakazywały.
Tym to sposobem w pół godziny ogarnęliśmy sekcję azymutów i wróciliśmy na mapę bno, gdzie właściwie wspólnie z Estończykami dokończyliśmy etap biegowy.
E4 – rower 44km
Przepak znów robimy szybciej – 5 minut przewagi i znów uciekamy na rowerach.
RaidAR opuści tą strefę zmian 2,5 godziny później.
PK 42 to jaskinia Dupka. Tu mijamy otwór jaskini o 10 metrów i tracimy całą przewagę.
Onnevalem wychodzi na prowadzenie, ale nie na długo. Pustynia Siedlecka pada naszym łupem i dzięki lepszemu wariantowi to my znów mamy 10 minut przewagi.
ZS1 – wspinaczka. Estończycy zaczynają kiedy my kończymy. Przewaga rośnie do 16 minut.
Jest dobrze i nagle Marzka zrywa łańcuch. Chwila roboty i nerwów, bo ani Marzka, ani Andrzej, ani ja nie zabraliśmy zapasowej spinki. Jedyną ma Stasiu – rozmiar 10. Marzkowy łańcuch to 12tka.
Działa, jedziemy dalej, ale na kolejnym PK, gdzie w kolejnej jaskini do odnalezienia były dwa punkty, znów przybijamy piątkę z Estończykami. Tak dojeżdżamy z przewagą 2 minut do 2 strefy zmian.

E5,6,7 – bieg, kajak, bieg 36km
Na przepaku znów jesteśmy szybcy – 4 minuty szybsi od Estończyków.
Ten potrójny etap jest bardzo ciekawy – są punkty „tylko biegowe”, „tylko kajakowe” i „biegowo-kajakowe” czyli takie, co do których można zdecydować czy zaliczyć je z buta, czy z kajaka.
To sprawia, że każdy zespół robi to po swojemu. My zdecydowanie inaczej niż Estończycy i choć byli wyraźnie szybsi na wodzie, to całościowo wariant chyba mieliśmy lepszy.
Dwa punkty biegowe były bardzo blisko siebie po dwóch stronach rzeki, więc do „atrakcji” zawodów trzeba dodać przejście rzeki z wodą po szyję.
Etap kończymy z 16 minutową stratą.
RaidAR dalej ma do nas 2,5 godziny straty.
E8 – rower 75km
Jest środek nocy, Estończycy odjechali i teraz to my musimy gonić. Po pół godzinie dojeżdżamy do kolejnej atrakcji – mapy Szwajcarki.

I zaczyna się psuć.
Tu warto przypomnieć, że jedziemy na przeskalowanych mapach, jest noc, na mapie widać tylko skrawki, cała robota musi opierać się na odmierzaniu odległości z licznika rowerowego, a ten jak zaczarowany nie chce się zgrywać z rzeczywistością.
Oczywiście to działo się już wcześniej na całej trasie, ale teraz w nocy na mapie Szwajcarce to powoduje duże problemy. Każdy punkt idzie nam bardzo powoli, a na ostatni dojeżdżamy ścieżką której nie ma na mapie, a właściwie na skrawku mapy, bo na Szwajcarce większość to biała kartka.
Wiemy że nie poszło nam tu dobrze, ale jedziemy dalej.
Marzka w upadku obija żebra, ale aż do mety właściwie nie jęknie.
U mnie zaczyna odzywać się „niepodładowany” bank snu i jest kryzys. Andrzej gdzieś zapodziewa mapę nr 3 [było ich 12] więc oddaję mu moją, bo u niego głowa lepiej pracuje. Podjeżdżamy do PK78 i „czeszemy” nie te skały co trzeba. Błąd na około 100m, a kosztuje nas prawie godzinę straty.

I tu teraz przyda się akapit o kluczu do skutecznej nawigacji w AR. Ten klucz to dwójka zgranych nawigatorów. Musi być współpraca, ciągłe skupienie obu osób. Jeden nie może dominować drugiego, bo często ten który jest z tyłu wyłapuje błąd pierwszego i musi ufać swoim osądom, żeby szybko reagować. Przed PK78 Andrzej zjechał za daleko, ale to nie była jego wina, tylko moja że „nawigacyjnie” mnie tam wtedy nie było.
Po tym punkcie to już wiemy, że zwycięstwo odjechało na dobre.
Kulamy się dalej, robi się jasno. Zaliczamy zadanie specjalne w skalnej studni, i kierujemy się w stronę Góry Zborów. Tam dokładamy sobie jeszcze jednego babola nawigacyjnego, bo już nam nic nie gra [ani odległości na mapach, ani ścieżki] i uciekła też pewność siebie. Trafiamy jednak na ostatnie zadanie specjalne – fajny most linowy, zjazd i drabinka linowa, a dalej to już kilka kilometrów do mety.

Meta.
Jesteśmy drudzy na mecie i załapujemy się na drugie zdjęcie tego dnia. Ważne, bo widać na nim zadowolenie i radość – i dobrze bo tak było.
Dzięki Marzka, Stasiu, Andrzej – to były rewelacyjne zawody.
Zespołowo super współpraca, ambitna walka. Nawigacyjnie do pewnego momentu doskonale, potem gorzej, ale na tym polega ten sport – raz zyskujesz, raz tracisz a wygrywa ten kto popełnia mniej błędów.
Trasa super – dynamiczna, w ciekawych miejscach, wielowariantowa z mnóstwem „atrakcji” nawigacyjnych. Etap kajakowo-biegowy też był pięknie wymyślony i każdy zespół realizował tam swój scenariusz. Nudy nie było.
Można by rzec – doskonałe zawody.
I tylko jeden minus, a właściwie dwa.
O skali mapy już dużo napisałem, to teraz zdanie na koniec o decyzji Jurka po złożonym proteście.
Uważam [nasz cały zespół ma takie zdanie] że skorygowanie wyników tylko dla jednego fragmentu jest niesprawiedliwe.
Błąd organizatora był jeden główny – zła skala mapy – i miał wpływ na całe zawody na całej trasie. Nie można korygować wyników tylko dla jednej sekcji, tylko dlatego że tam dużo zespołów sobie nie poradziło i że dało się tam dość łatwo korektę czasową wprowadzić.
Wszyscy mieli takie same warunki, wszyscy mierzyli się z tym samym problemem. Jednym poszło gorzej na azymutach, a innym w nocy na szwajcarce, a jeszcze innym w wielu miejscach, które nawet ciężko wskazać. W efekcie decyzji to my zostaliśmy „ukarani” najbardziej za to, że poradziliśmy sobie w trudnym miejscu najlepiej i finalnie spadliśmy w klasyfikacji na trzecie miejsce.
Takie są ostateczne wyniki, przyjmujemy to na klatę i zabieramy się do treningów, żeby następnym razem żadne protesty i decyzje sędziowskie nie psuły nam humorów.
Polecamy:
rajdbeskidy.pl
sledzgps.pl – tu zapis relacji z naszych zawodów
packraftowo.pl
outdoor magazyn
Zdjęcia: FB Rajd Beskidy, mapy od Śledź GPS
