Zimno ze wskazaniem na mokro – Zimowy Rajd Beskidy 2026

Norwegowie mają na ten typ warunków specjalne określenie – nullføre, co luźno tłumaczy się na mokrą, zamarzającą chlapę, która wytwarza się, gdy temperatura oscyluje blisko zera stopni. Taki warun, że nigdy nie wiesz, czy pod stopami masz stabilnie czy raczej lekko przymroziło i możesz wywinąć orła, albo zaliczyć mocny poślizg na rowerze. W takich warunkach przyszło nam ścigać się na Zimowej Edycji Rajdu Beskidy – najpierw nas potwornie zmoczyło, później przymroziło. Z zawodów w Pewli Ślemieńsiej wracamy z połowicznym sukcesem – Mix w składzie Marzka + Marek wygrywa pewnie pierwsze miejsce, podczas gdy męski duet – Staś i Andrzej – zalicza trasę w niepełnym składzie.

Jurkowi Lekkiemu i całej ekipie organizatorów Beskidów udaje się już drugi raz z rzędu trafić z terminem zimowych Beskidów dokładnie w ten moment, gdy nad naszym krajem przelatuje ten zawsze zbyt krótki niż z mrozami i opadami śniegu. Rok temu w okolicach Rzyk walczyliśmy w półmetrowym śniegu i solidnych mrozach. Teraz na kilka dni przed rajdem dosypało i domroziło. I dobrze, że zacytuję klasyka – jak jest zima to musi być zimno.

W bazie w Pewli Ślemieńskiej instalujemy się w piątek około 18 żwawo ogarniając logistykę – przepaków jest sporo. Po każdym z 6 etapów trafiamy do miejsca z torbą, ciuchami, żarciem. Luksusowo. Tyle, że za oknem już grubo po zmroku. Delikatnie chwyta mróz, a w powietrzu staje mgła tak gęsta, że idzie topór zawiesić. Na odprawie Jurek ostrzega, że choć jest mokro, to pewnie ta zasłonka z wilgoci już w dogodnych miejscach przymarza, więc ostrożnie, szczególnie na rowerze. Druga uwaga dotyczy nart – gdy pada pytanie, kto będzie robił etap narciarski bez nart (tak, jest taka opcja) to okazuje się, że jesteśmy zaledwie jedną z dwóch ekip, która podjęła takie ryzyko. Czy się opłaci? Zobaczymy za moment.

O punkt 20:00 wychodzimy przed bazę w szkole, odliczamy i ruszamy dzikim pędem w dół. Pierwszy etap to 30 km roweru. Peleton zjeżdża do wsi niżej, woda chlapie spod kół. Za moment odbijamy w górę i pierwszy mocny podjazd. Sapiemy, ale żwawo trzymamy czub grupy. Gdy dojeżdżamy do przełamania blisko przełęczy, odbijamy w lewo i … nieco niepewnie próbujemy wyczytać właściwy zjazd do lasu. Trochę niepewności, miotania się, ale w końcu obieramy właściwą stokówkę – śnieg na 15-20 cm, mokry, trzeba przepychać rower siłowo. Zaliczamy pierwszy PK w okolicach 4-5 miejsca, ale bezbłędnie wykonujemy wariant zjazdu do wsi i wychodzimy na czub.

Przez kolejne dwie godziny odhaczamy kolejne punkty położone w dolinie dookoła Żywca. Jesteśmy bardzo nisko, dookoła temperatura bliska zeru i wszędzie mnóstwo wody i błota. Oblepiamy siebie i rowery każdym typem tego śniegowo – błotnego syfu. Gdy po 2,5h dobijamy do przepaku pod Lipową w Dolinie Zimnika jesteśmy dość mocno przemoczeni. Szybki przepak i ruszamy na etap 2 – narty lub trekking – ok. 24 km. Strategicznie podjęliśmy decyzję, że nie bierzemy ani nart skiturowych ani biegowych. Uzbroiliśmy się jedynie w klasyczne dupoloty, by wesprzeć się na zjazdach. Na start trzeba wydymać na Skrzyczne. Ciśniemy żwawo doskonałymi stokówkami po południowej stronie góry. Około pierwszej w nocy przybijamy piątkę z żabą na szczycie i świeżutko wyratraktowaną trasą lecimy z buta w okolice Małego Skrzycznego – no dobra, tu rzeczywiście narciarze mogą to zjechać w kilka minut. Tu będą mieli przewagę. Ale póki co – zwłaszcza gdy trafiamy z powrotem na grań między Małym Skrzycznem a Malinowską Skałą – cieszymy się, że nie targamy niepotrzebnego ciężaru ze sobą. Chwilę później przecieramy drogę do punktu w okolicach jaskinii – taki śnieg najgorszego sortu. Na wierzchu ostra warstewka zmrożonego lodu, ale wystarczy się przebić, by wylądować nogą po kolana w puchu. Krok za krokiem dylamy do góry – tym samym otwierając drogę do punktu pozostałym ekipom. W tym momencie dochodzą nas Litwini – jedyna ekipa, która wyszła na ten etap z biegówkami. Są mocni i gdy my znowu trafiamy na nieprzetarty fragment drogi, mijają nas z lekkością. Niemniej to my jesteśmy 40 minut później na przepaku jako pierwsi. Gdy kończymy ten etap jest już naprawdę rześko – mróz w okolicach -8 stopni.

Gdy wbiegamy na przepak widzimy skrzące się warstewką gołoledzi rowery – cała ta wilgoć, całe to błocko i śnieg, które tak intensywnie zbieraliśmy podczas pierwszego etapu, teraz zamarzły. Mapniki zaszronione, kasety, przerzutki i łańcuchy obłożone lodem. Pierwszy na rower wsiada Marek, ale ma problem z piastą – nie ma oporów, więc kręci korbą w powietrzu. Druga jest Marzka – raportuje po chwili jedynie jeden działający bieg. Dalej wsiadam ja i jakoś idzie, choć też bez działających przerzutek. Ostatni wsiada Stasiu i zdoła tylko wsiąść. Obraca korbą raz i krzyczy, że „po zawodach”. Ułamany hak przerzutki. Jest nadzieja, bo mamy zapas, ale ten okazuje się niekompatybilny. No to rzeczywiście po zawodach. Decydujemy się jechać dalej we troje, Stasiu w tym czasie dokula się do bazy i dołączy do nas na pozostałych etapach.

Rowerowy etap 3 okazuje się paskudnie mroźny, czujny i wolny. Na płaskim idzie nam opornie, bo nie działają biegi. Pod górę lepiej, ale często wybieramy opcję podejścia z buta, żeby choć trochę stopy rozgrzać. Mijają nas Litwini – ich rowery działają doskonale i szybko nam odjeżdżają. O 7 rano – gdy już prawie dnieje – wracamy do bazy, na kolejny przepak. W czas, bo mimo założenia wszystkich warstw, naprawdę robiło się bardzo zimno.

Etap 4 to 24 km trekkingu w typowym, beskidzkim stylu – czyli odwiedzamy jary, strumienie, rozwidlenia w masywie górującym nad Pewlą. Nawigacja dość prosta – najbardziej problematyczne jest schodzenie do dna jarów w tym mokrym, powoli roztapiającym się śniegu. Odhaczamy zadanie specjalne – zjazd na Janikowej Skale – unikalnej, lekko połogiej płycie z piaskowca. Kilometr dalej wchodzimy do rzeki, żeby wrócić do masywu i złapać punkt w zboczu. Dalej konsekwentnie odhaczamy punkty spadając z głównej grani do każdego potoku. Świeci słońce, lekko na plusie. Świetny warun do takich zabaw.

Po 4,5 godzinach na treku jesteśmy z powrotem w bazie. Krótka, szybka przebierka i ruszamy na rower – etap 5. Organizatorzy skracają trasę, więc ten etap jest bardzo przyjemny – nawigacyjnie bajecznie prosty, świeci słońce, dookoła widoki na Beskid Śląski i Żywiecki. Po drodze sporo przewyższeń. Asfalty czujne – czasami czyste, czarne, bezpieczne. Czasami zaś oblane lodem.

Około 15:30 wracamy ponownie do bazy, by wyruszyć na ostatni etap – trekking na mapie LIDAR. Litwini – jedyny zespół przed nami – wyszli z bazy 50 minut wcześniej, więc bardzo ciężko będzie ich dogonić. Ale to LIDAR – LIDAR nie bierze jeńców, jak stracisz kontakt z konturami w terenie, to odnalezienie się na powrót może zająć wiele godzin.

Wychodzimy i cieszymy się, że jest jeszcze jasno – połączenie nawigacji w nocy z LIDARem to istny koszmar każdego nawigatora. Wystarczy przypomnieć sobie co rok temu wydarzyło się w okolicach Wisły podczas Rajd Beskidy Short – na krótkim nocnym etapie LIDAR położył wiele ekip. Najszybsi potrzebowali wtedy zaledwie 3h, zaś niektórzy czesali las nawet 8h. Tym razem pierwszy punkt wpada luźno – dość dobrze odczytujemy zarys terenu i pomagają też już mocno wydeptane ślady w śniegu. Drugi punkt – po krótkich wątpliwościach też wchodzi dobrze.

Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale Litwini między PK49 a PK47 zaliczają ogromną wtopę – w jarach i dolinach spędzają równą godzinę zanim trafią do 47.

My tymczasem 47 odnajdujemy dość szybko. Litwini są na odległość 8-10 minut. Oczywiście wtedy tego nie widzieliśmy.

Niemniej chwilę później nieco za daleko schodzimy do dna jaru i teren wyrzuca nas daleko na zachód – wtopa na około kwadrans.

W okolicach 18 – po około 21 godzinach napierania – meldujemy się na mecie. Marzka z Markiem wygrywają z dużą przewagą kategorię MIX. My ze Stasiem zbijamy piątki – mimo DSQ to był rewelacyjny trening w drodze do tegorocznych mistrzostw świata. Cieszy fakt, że mimo ewidentnie mniejszej motywacji po problemach z rowerem, nie odpuściliśmy i bawiliśmy się na trasie do samego końca.

Link do trackingu

Scroll to top